SKUNK ANANSIE The Painful Truth 2025

Skunk Anansie Painful Truth

Pamiętacie jeszcze Skunk Anansie? Pytanie bardzo zasadne po 9 latach ciszy. To buntowniczy brytyjski zespół z charyzmatyczną wokalistką Skin (Deborah Anne Dyer), której ogolona głowa zapada w pamięć bardziej niż jej piosenki, powstały w latach 90., kiedy trochę rozruszał scenę alternatywnego rocka. Po wydaniu trzech dobrze przyjętych albumów grupa rozpadła się, by 8 lat później powrócić na scenę i dalej grać swoje, ale z lekkim ukłonem w stronę komercjalizacji brzmienia. Wielkich sukcesów nie było, ale jakiejś spektakularnej porażki też nie. Jednak po wydaniu płyty Anarchytecture w 2016 roku zespół zamilkł i wraca dopiero teraz wyznając słuchaczom bolesną prawdę. Tak właśnie brzmi tytuł nowej płyty – The Painful Truth. Bardziej dotyczy warstwy lirycznej, w której Skin nigdy nie uciekała od trudnych i bieżących spraw, nasycając swoje teksty odważnym przekazem społecznym i politycznym.

Według zapowiedzi nowa muzyka miała by „głośna, gniewna i pełna emocji”. I taka jest. Z pulsującym basem, mocnymi riffami i bezkompromisowym wokalem Skin zespół znów jest sobą. Sobą z tego stulecia, bo czasy Paranoid & Sunburnt czy Stoosh raczej nie wrócą. Jak mówi Skin „jeśli spoczniesz na laurach, zwiędniesz i umrzesz artystycznie, muzycznie, mentalnie. A potem finansowo”. Stąd brak oglądania się za siebie i ukłony w kierunku mainstreamu, które tutaj również są. Ale zaczyna się cudownie, od singlowego An Artist Is An Artist. Oparte na elektronice energetyczne brzmienie, power w czystej postaci, zero kompromisów. Świetne otwarcie. Potem już nie jest tak dobrze, chociaż spokojny Shame nieco uspokaja atmosferę, ale kolejne single znów się bronią. Lost And Found to najlepsza piosenka w zestawie – celowo piszę „piosenka”, bo to stworzony do radia potencjalny hicior, bezpieczny i melodyjny. Z kolei Cheers ma więcej dynamiki, ale nie zapada w pamięć (chyba że kapitalną linią basu, ale to standard na tym krążku), podobnie jak wydany niedawno Animal. Potem jest trochę reggae w Shoulda Been You, funku w nijakim Fell In Love, przesyt pompatyczności w My Greatest Moment i w zasadzie tylko zamykająca zestaw ujmująca ballada Meltdown ratuje tę część wydawnictwa.

Jak to podsumować? Tylko tak, że trochę słabo jak na 9 lat czekania. Było tyle czasu na napisanie lepszych kawałków. Fajnie, że Skunk Anansie powrócił, że znów nagrywa, że jest. Lubię głos Skin, ale liczyłem na więcej konkretów. Na lepsze melodie. Na bardziej wyraziste nagrania. Może następnym razem…

Moja ocena 2/5

Udostępnij

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: