
Mało kto napisze o tej płycie. A szkoda. Ja robię to z przyzwyczajenia. Bo warto. Bo lubię takie granie, nawet jeśli nie jest zbyt twórcze, niczego nie odkrywa, nie wytycza nowych ścieżek. Co z tego? Jest piękne. Piąty pełny album Bjørna Riisa, wokalisty i gitarzysty norweskiego zespołu Airbag, ukazał się w kwietniu, u progu wiosny, chociaż to bardzo jesienna muzyka. Recenzję jego EP-ki A Fleeting Glimpse z 2022 roku zacząłem słowami „Nie ma już Pink Floyd. Nie szkodzi, jest Bjørn Riis.” I chyba w tym tkwi moja słabość do Norwega, bo zawsze bardzo ceniłem Pink Floyd, zwłaszcza zanim się nieco skomercjalizował. Partie gitarowe Norwega często brzmią jak zagrane ręką Davida Gilmoura, którego zawsze podziwiał. Dzisiaj godnie go zastępuje. Riis ma też drugiego idola, którego wpływy wyraźnie słychać. To Steven Wilson i jego Porcupine Tree. Te inspiracje słychać w twórczości zarówno Bjørna, jak i jego formacji Airbag (bo płyty solowe nagrywa w przerwach działalności zespołu).
Fimbulvinter to określenie mroźnej zimy, poprzedzającej Ragnarök – czas zniszczenia i odrodzenia. Jaka jest więc zima oczami Riisa? W tekstach przerażająca i pełna lęku, w muzyce pastelowa i malownicza. Artysta sam nagrał wszystkie instrumenty i wokale, choć z niewielką pomocą przyjaciół w niektórych utworach. Całość zaczyna delikatny wstęp, potem mamy singlowe nagranie Gone – dynamiczne, rockowe, którego osią jest mechaniczny rytm perkusji. Coś jak Erase, który pilotował ostatni krążek Airbag The Century Of The Self. Trzeci utwór Panic Attack trwa 11 minut i jest najdłuższy w zestawie. Przywraca równowagę, znów jest melancholijnie, spokojnie, choć nie brak mocniejszych fragmentów, a całość wieńczy iście gilmourowska solówka, która się nagle urywa. No cóż, w końcu to Atak paniki… Po nim następuje ukojenie w akustycznej balladzie She, bardzo przestrzennej, aczkolwiek nie ukrywam, że to trochę nużący fragment płyty. Po nim jest lepiej za sprawą tytułowego Fimbulvinter. To instrumentalne nagranie, z mrocznym wstępem, ostrymi riffami, które przeplatają się z gilmourowskimi wstawkami. W partii środkowej następuje wyciszenie, pojawia się melotron, dźwięki syntezatora (to bardzo pachnie wczesnymi Floydami sprzed Dark Side), a w finale mamy oczywiście piękne gitarowe solo mistrza ceremonii. I wreszcie ostatni utwór Fear Of Abandoment, kolejna ballada, ale jakże odmienna. To już taki klasyczny Riis, z leniwym wokalem na tle gitary akustycznej, do której dołącza elektryczna, a po chwili wchodzi cała sekcja, wszystko rozwija się planowo i wycisza na koniec.
To jest muzyka do słuchania, trudno ją opisywać. Trochę jakbym próbował opowiedzieć obraz, nie da się oddać jego piękna, emocji. Bjørn Riis trzyma poziom i poprzez bogate brzmienia maluje własne dźwiękowe pejzaże. Tak, widzieliśmy już podobne obrazy, ale za każdym razem robią wrażenie. Nawet jeśli zmieniono tylko niektóre nutki.
Moja ocena 4/5
