
Wychodzi na to, że zespół Dream Theater naprawdę wyszedł z dołka, w jakim tkwił przez całą drugą dekadę obecnego milenium. Dobrą formę pokazał cztery lata temu na płycie A View From The Top Of The World, a teraz dostarcza kolejny obiecujący krążek zatytułowany Parasomnia. Muzycznie bliźniaczy do poprzednika (również ponad 70 minut muzyki, nawet 71, zaledwie 8 utworów, więc kilka trwa po 8, 9 minut, jest też klasyczna niemal 20-minutowa suita, czyli wszystko w normie), brzmienie czyste i przejrzyste, to znów zasługa miksów gitarzysty Judas Priest Andy’ego Sneapa. Kapitalnie słychać gitary i soczyste riffy Johna Petrucciego oraz perkusję Mike’a Portnoya (tak, to nie pomyłka – za bębny wrócił syn marnotrawny, jeden z założycieli grupy, który akurat zrobił sobie przerwę na te „gorsze” płyty). Pozostaje zatem pytanie o jakość samych kompozycji, bo z tym bywało różnie, a mocno pokręcony prog metal Brytyjczyków do łatwych w odbiorze nie należy. Otóż jest dobrze. Momentami bardzo dobrze. I to najkrótsza recenzja…
Może nie będę opisywał każdego utworu, bo po co? Muzycy grają razem od 40 lat, są wirtuozami i czasem zbyt to demonstrowali rażąc pretensjonalnością. Teraz jest inaczej. Nie ma nadmiaru popisów, nie przekombinowano, wszystko jest lepiej wyważone i całości słucha się bez znużenia, a wręcz z dużą przyjemnością. Podobnie było na poprzedniku, ale tu jest jeszcze lepiej. Może to wkład Portnoya, jego kapitalnej gry, energii, wokali, jego wkładu w kompozycje, czego brakowało, ale nikt sobie tego nie uświadamiał? Trudno powiedzieć. Ale dobrze, że jest. Nawet James LaBrie, od lat najsłabszy element układanki, wypada poprawnie – jego wokale może nie porywają, ale i nie irytują.
Płytę pilotowały trzy single. Pierwszy, i chyba najlepszy, to Night Terror. Drapieżny, agresywny, ale też bardzo melodyjny, przyjazny, z chwytliwym jak na DT refrenem i efektownymi, ale trzymanymi w ryzach popisami muzyków. Bardziej pokręcony był A Broken Man, który mnie jakoś nie rusza, ale klawisze Rudessa robią robotę. Najbardziej „radiowy” jest trzeci singel, Midnight Messiah, nagranie może nieco toporne, mocny ukłon w stronę Metalliki czy Judasów, ale trudno robić z tego zarzut. W końcu to Teatr Marzeń i nawiązania do klasyków muszą być. Jest jeszcze 11-minutowy Dead Asleep, którego głównym atutem wydaje się rozbudowana część instrumentalna (zwłaszcza bluesowe solo), oraz 20-minutowa kompozycja The Shadow Man Incident. Jest poprawna, dzieje się sporo, muzycy mają czas na osobiste popisy, ale jakoś mnie to nie porwało. Nie przepadam za tak długimi formami wyrazu i na pewno wolę suitę A View From The Top Of The World sprzed czterech lat.
Dream Theater jest znów w komplecie i jest znów w formie. Parasomnia to udany, lecz bardzo bezpieczny album, oparty na starych, sprawdzonych patentach. Mnie to odpowiada, bo przecież na tym to wszystko polega – by z tych samych klocków tworzyć nowe budowle. Zrozumiałe, że będą nieco podobne do poprzednich. Lubimy słuchać tego, co dobrze znamy, więc niech klasycy nie odkrywają znowu Ameryki tylko po prostu grają swoje. Jeśli potrafią robić to tak dobrze jak Dream Theater, z taką energią i wirtuozerią, to wypada tylko się cieszyć.
Moja ocena 4/5
