PEARL JAM Dark Matter 2024

Pearl Jam Dark Matter 2024

Premiera Dark Matter, 12. albumu grupy Pearl Jam, jednego z pionierów i największych klasyków grunge’u, odbyła się z wielką pompą. Jak przystało na klasyków gatunku, dziś już mocno zapomnianego. Liczne zapowiedzi, wywiady, medialny boom, zorganizowano 180 imprez odsłuchowych na terenie USA i 30 w innych częściach świata, przygotowano aż 10 wydań albumu (8 dla USA), na dodatek w 900 kinach w 45 krajach miała miejsce uroczysta kinowa premiera widowiska Pearl Jam – Dark Matter – Global Theatrical Experience – One Night Only. Innymi słowy: pełen wypas. O co więc tyle szumu? Czy ten krążek to naprawdę takie wydarzenie?

Pearl Jam rządził w latach 90., obok Nirvany, Alice In Chains i Soundgarden należał do tzw. Wielkiej Czwórki z Seattle, ale potem było coraz gorzej, w nowym milenium grupa bez skutku szukała własnej tożsamości, a jej płyty stały się kompletnie bezbarwne. Oczywiście muzycy wciąż byli podziwiani w rodzimej Ameryce, ale USA to specyficzny rynek, gdzie popularność ma niewiele wspólnego z jakością muzyki. Coś drgnęło dopiero niedawno, bo ostatni album zespołu Gigaton sprzed czterech lat miał naprawdę obiecujące momenty. Niewiele, ale jednak. Czy Dark Matter to przebije i czy zasługuje na taką atencję? Hmmm, mam spore wątpliwości.

Zaczyna się wszystko z grubej rury. Scared Of FearReact, Respond to dwie petardy, nagrania przepełnione punkrockową energią, melodyjne, wyraziste (jak na Pearl Jam), najlepsze w całym zestawie. Rozbudzają apetyt. W podobnym stylu utrzymany jest też singlowy Running – to już punk rock pełną gębą. Rozumiem, dlaczego lider formacji Eddie Vedder mówił „polecam słuchać tego głośno, naprawdę głośno”. Więc słucham dalej. Wreckage, nieco mdła ballada w stylu Toma Petty’ego, pozwala na chwilę odetchnąć, bo czad wraca w utworze tytułowym. Ale o żadnej wyrazistości już nie ma mowy. I tak już będzie do końca – raz trochę ostrzej, raz spokojniej, ale na ogół bezbarwnie, nijako, i żadne głośne słuchanie tego nie naprawi. Zapomniano o dobrych melodiach, fajnych refrenach, czymś, co pozwoli zapamiętać utwory, a nie tylko da im wybrzmieć i zniknąć. Taki Upper Hand na przykład – najpierw rozwija się aż półtorej minuty, potem gdy już zwrotka wybrzmiewa jak należy, czekam na dobry refren, jakąś kulminację, cokolwiek, i nic takiego nie następuje. Ładna solówka to trochę mało, ale to i tak jeden z lepszych momentów płyty. To nie świadczy dobrze o całości.

Nagranie Dark Matter zajęło muzykom zaledwie miesiąc. Była więc spontaniczność, radość i entuzjazm ze wspólnej pracy. Całość nadzorował młody i bardzo ostatnio modny producent Andrew Watt, zaś premiera, jak wspomniałem, zyskała niesamowitą oprawę. Jednak w całej tej pięknej bajce zabrakło tego, co najważniejsze – dobrych piosenek. Więc tak, to krążek ciut lepszy od poprzednika, może najlepszy od wielu lat, ale całościowo wciąż tylko taki sobie. Szum medialny czy 10 różnych wydań nie zastąpią muzyki.

Moja ocena 3/5

Udostępnij

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: