MEGADETH The Sick, The Dying… And The Dead! 2022

Megadeth Sick Dying Dead! 2022 recenzja

To sobie panowie odpoczęli. Istniejący od 40 lat amerykański Megadeth, należący do tzw. „wielkiej czwórki thrash metalu” (razem z formacjami Anthrax, Metallica i Slayer), dość regularnie, co dwa/trzy lata, dostarczał fanom swą nową muzykę. Na płytę The Sick, The Dying… And The Dead! musieliśmy czekać aż 6 lat. Ale powiem jedno – było warto! To najlepszy od wielu lat album weteranów ciężkiego grania. Może trochę za długi, bo ponad godzina agresywnych riffów potrafi zmęczyć nawet najbardziej wytrwałych, a niektóre utwory można by usunąć bez żadnej ujmy dla wydawnictwa, ale jest jak jest. Cieszmy się, że panowie powrócili w takiej formie. Zwłaszcza po tych wszystkich perypetiach, jakie ich spotkały w ostatnich latach (zwycięska walka lidera Dave’a Mustaine’a z nowotworem, rozstanie z współzałożycielem grupy, basistą Davem Ellefsonem po głośnej aferze obyczajowej – na płycie partie basu zagrał Steve Di Giorgio z Testamentu).

Single zwiastujące album We’ll Be BackNight Stalkers to typowa thrashowa galopada, która mnie nigdy nie jarała, więc nie oczekiwałem, że cały krążek mnie porwie, że będą melodie i jakakolwiek przebojowość. Nie oszukujmy się, wyrazistość nagrań nigdy nie była mocną stroną Kalifornijczyków, a tu dostajemy takie potencjalne hity jak Killing Time, Junkie czy Mission To Mars. Oczywiście słowo „hity” w cudzysłowie, bo nie brak im metalowej zadziorności czy tempa (choć nie jest tak wściekłe, jak w tych singlowych), lecz główną rolę odgrywa melodia, a proste riffy i nośny refren dopełniają całości. To, co najlepsze, mamy od razu na starcie – genialna kompozycja tytułowa, która rozwija się niczym dobra powieść (niczym pamiętne Hells Bells AC/DC), od mrocznego, klimatycznego wstępu, poprzez zaskakujące twisty, aż po dynamiczny finał. Może to bardziej heavy niż thrash, ale mniejsza o nazwy. Typowo thrashowych strzałów jest tu wystarczająco dużo, mnie najbardziej podchodzi gnający na złamanie karku Life In Hell. To klasyczny Megadeth w pigułce, z agresywnymi riffami i zmianami tempa. A na deser, jako bonus, dwa świetne covery, oba mocno rozpędzone: Police Truck z repertuaru Dead Kennedys oraz This Planet’s On Fire (Burn In Hell) Sammy’ego Hagara, byłego wokalisty Van Halen.

O tematyce nie ma się co rozpisywać – tradycyjnie jest posępna, złowieszcza, ponura, idealnie obrazuje ją kapitalna okładka albumu, a tytuły poszczególnych utworów mówią same za siebie. Zresztą całość wydano pod szyldem „Chorzy, umierający… i martwi!”, a zaczyna się od słów „Wynieście swoich zmarłych…”.

Uwielbiam takie zaskoczenia. Megadeth dawno nie prezentował się tak świeżo i energetycznie. Nagrywał płyty dość schematyczne, w miarę przyzwoite, ale bez efektu wow! Tymczasem The Sick, The Dying… And The Dead! to ich absolutnie najlepszy krążek od lat. Nawet w całym obecnym milenium. Muzyka z wieloma odniesieniami do przeszłości, gdzie panowie nie odkrywają niczego nowego, świadomie puszczają oko do własnej twórczości, z której czerpią garściami (i dobrze, po to ona jest), ale robią to z ogromnym polotem, wynosząc nowe utwory na poziom z ich największych dokonań. Dave Mustaine śpiewa jak za dawnych lat, wyraźnie odżył po zmaganiach z rakiem krtani, zaś Dirk Verbeuren absolutnie wymiata na perkusji. Ewidentnie ta dłuższa przerwa wyszła muzykom na zdrowie. Właściwie Mustaine’owi, bo cała reszta składu co chwila się zmienia, ale tym razem dobrali się perfekcyjnie. Liczę na to, że skład przetrwa, werwa i energia również, a na następny album nie trzeba będzie czekać 6 lat.

Moja ocena 4/5

Udostępnij

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: