BLACK STONE CHERRY The Human Condition

Black Stone Cherry Human Condition recenzjaBLACK STONE CHERRY
The Human Condition
2020

Południowy rock – tak określa się muzykę wykonywaną przez założony w 2001 roku kwartet Black Stone Cherry z Edmonton w USA. Chłopaki zaczęli od dość ciężkiego grania, ale bliskość Nashville musiała odcisnąć swoje piętno i wczesna surowość szybko ustąpiła miejsca bardziej wygładzonym i łatwiej przyswajalnym kompozycjom. Na szczęście nie samym country Ameryka stoi i muzycy z Kentucky nigdy na dobre nie porzucili hard rocka, na każdym krążku serwując utwory dające niezłego kopa. Nowy, siódmy już album BSC zatytułowany The Human Condition przynosi 13 krótkich i całkiem treściwych nagrań. Dobra wiadomość jest taka, że nie ma tu bezbarwnych ballad, a niemal wszystkie piosenki są mocarne i czadowe!

Zespół nie wymyśla niczego nowego. The Human Condition to kapitalnie zagrana i świetnie wyprodukowana, typowa dla południa USA mieszanka rock and rolla, country i bluesa, z wyrazistym wokalem Chrisa Robertsona i całą masą soczystych riffów Bena Wellsa. W zasadzie głównym minusem jest tu ilość utworów, bo są do siebie dość podobne i po pewnym czasie zlewają się w jeden. Ale przy odrobinie dobrej woli da się z tego wyjąć kilka naprawdę niezłych kawałków. Przede wszystkim sam początek rozbudza oczekiwania i od razu wyjaśnia, czego się dalej spodziewać. Ringin’ In My Head to świetny opener, masywny, z mocarnym riffem, piorunującymi solówkami, ostrym wokalem i nośnym refrenem, który długo zostaje w głowie. Piosenka powstała przed pandemią ale tekst okazał się proroczy – opowiada o nowej chorobie i więzieniu we własnej ziemi. Drugi utwór Again, który zilustrowano czarno-białym teledyskiem, jest równie intensywny, są miażdżące gitary i ciężki wokal. Można jeszcze ciężej? Proszę bardzo – Push Down & Turn dosłownie wbija w fotel. Utwór mniej przebojowy, co zrozumiałe, skoro opowiada o zmaganiach Robertsona z maniakalną depresją i silnym lękiem. Na brak potencjalnych hitów jednak nie wypada narzekać. Jest mięsista przeróbka słynnego hitu Don’t Bring Me Down zespołu Electric Light Orchestra, utrzymująca lekkość oryginału, lecz brzmiąca znacznie bardziej złowrogo. Są piosenki typowo radiowe, których ja akurat nie trawię, bo to takie bardzo bezpieczne, trochę nijakie granie, które przelatuje bez echa, ale takiemu When Angels Learn To Fly, balladzie If My Heart Had Wings czy optymistycznemu Keep On Keepin ‚On trudno odmówić uroku. Ten ostatni utwór, zamykający płytę, z trafnym przesłaniem „Kiedy wszystko, co dobre, przepadnie, muszę kontynuować” mógłby stać się prawdziwym hymnem czasów pandemii. Z tych lżejszych piosenek najlepiej wypada In Love With The Pain, opatrzona kolorowym klipem propagującym miłość wywoła gęsią skórkę u zakochanych. Nie do końca mój klimat, ale świetna robota.

Wymieniłem sporo nagrań, a reszta też poziomem wcale nie odstaje. Piosenki są bardziej osobiste i mroczniejsze niż wcześniej, jak mówi perkusista John Fred Young „każda opowiada historię doświadczeń, przez które wszyscy przechodzimy: naszego szczęścia, naszych zmagań i tego, jak musimy się przystosować”. Idealnie wpasowują się w obecne czasy. Razem tworzą intrygującą całość i wprawdzie The Human Condition nie jest to jakieś wybitne dzieło, ale całkiem przyzwoity zbiór przesiąkniętych bluesem i burbonem rockowych utworów. Tylko tyle i aż tyle.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: