KING BUFFALO Dead Star

King Buffalo Dead Star recenzjaKING BUFFALO
Dead Star
2020

King Buffalo to kolejny godny uwagi zespół, o którym jakoś nie miałem okazji wcześniej wspomnieć. Zaległość nadrabiam przy okazji nowej, trzeciej płyty nowojorczyków zatytułowanej Dead Star (chociaż tak po prawdzie to było jeszcze ciekawe, wydane własnym sumptem trzyutworowe demo, krótki album koncertowy i trzy całkiem pokaźne studyjne EP-ki, więc jest tych wydawnictw całkiem sporo, jak na 7 lat działalności). Debiutancki krążek Orion (2016) urzekał psychodelicznym klimatem i nawiązaniami do rocka wczesnych lat 70. przynosząc długie, hipnotyzujące słuchacza i zapadające w pamięć utwory (Drinking From The River Rising, Sleeps On A Vine). Nie inaczej było na wspomnianych EP-kach i drugiej, bardziej „sterylnej” i nieco „floydowskiej” płycie Longing To Be The Mountain, gdzie trzy kompozycje trwały po 10 minut. Nie o sam czas tutaj chodzi, ale zawsze mówię, że gdy grupa nie mieści się w tradycyjnych ramach i proponuje bardziej rozbudowane formy, na ogół ma coś interesującego do przekazania. Na Dead Star jest trochę inaczej – jedno nagranie ma 16 minut, drugie 8, ale pozostałe trzy są krótkie, na dodatek każde z innej parafii. Od razu zaznaczę, że formalnie to też EP-ka, nieco eksperymentalna (o czym świadczy brak spójności materiału), ale trwa ponad 35 minut, dłużej niż niejeden album, więc traktuję ją jak trzecią płytę kwartetu. Zresztą, mniejsza o nazwę. Liczy się muzyka, a ta trzyma poziom.

Bardzo lubię takie granie. Psychodeliczne, klimatyczne, a zarazem ciężkie i treściwe, z elementami space rocka i stoneru. Aż się prosi o długie nagrania, ale nawet te trzy krótkie wypadają dobrze. Utrzymane w średnim tempie i łagodnie bujające Echo Of A Waning Star, eksperymentalny, psychodeliczny odjazd Ecliptic z dominującą rolą syntezatorów w stylu nowej fali lat 80., i oparty na gitarze akustycznej, snujący się leniwie utwór tytułowy, jakiś taki trochę nijaki. To jednak tylko przystawka, bo o sile albumu decydują dwie inne kompozycje. 8-minutowa Eta Carinae emanuje dynamiką – ciężkie riffy, konkretny motyw przewodni, równo pracująca sekcja, intrygujące przełamanie w środku. Wszystko na miejscu, a kapitalną robotę wykonuje wokalista i gitarzysta Sean McVay. Zresztą – wszyscy są świetni, i basista Dan Reynolds, i Scott Donaldson na bębnach.

I wreszcie suita Red Star zasługująca na osobny akapit. 16 minut muzycznej uczty na rzadko spotykanym poziomie. Opus magnum wydawnictwa i całej dyskografii Amerykanów. Mieli wiele długich nagrań, ale żadne nie było aż tak dopracowane. Od mrocznego początku, gdzie przez posępny syntezator przebija się gilmourowsko łkająca gitara (Shine On You Crazy Diamond?), poprzez plemienne rytmy perkusji i emocjonalny śpiew Seana na tle leniwie pracującej sekcji, aż po mocny hardrockowo-psychodeliczny finał, gdzie grupa już tylko pędzi na złamanie karku. Dzieło absolutne, godne wielkich mistrzów. Całości dopełnia jeszcze 5-minutowy edyt tego utworu, by radiowcy mogli go czasem zagrać (przecież w rozpędzonym świecie nikt nie puści całych 16 minut).

Czy to najlepsza płyta King Buffalo? Wydaje mi się, że tak, choć przydałby się jeszcze kwadrans materiału, by nie zostawiać uczucia niedosytu i inaczej rozłożyć akcenty. Zwykle najlepsze zostawia się na koniec, a tu deser podano przed zupą. Najważniejsze dzieje się już na początku, reszta mimo wszystko nie dorasta tego poziomu, ale i tak nie ma sensu narzekać, bo to bardzo zacne granie, w którym doskonale odnajdą się zarówno wielbiciele Pink Floyd, jak i Black Sabbath czy Hawkwind. Gorąco polecam nie tylko ten album, ale też oba wcześniejsze.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: