SOCIEDAD-REAL 0-0 Falstart nowego sezonu w wykonaniu mistrza Hiszpanii

Sociedad-Real Madryt 0-0 Znedina Zidane 2020Kiedyś opisywałem wszystkie mecze Realu Madryt, ale madrytczycy pod wodzą Zidane’a grają tak beznadziejnie słabo, że szkoda czasu na moje wypociny (zwłaszcza, że i tak nikt tego nie czyta ani nie komentuje). Postanowiłem zrobić wyjątek dla meczu z Realem Sociedad, bo to przecież pierwsze spotkanie nowego sezonu, są wielkie oczekiwania, marzenia, gdybania, czego to Królewscy nie wygrają. I jak zwykle szybko przyszło otrzeźwienie, zejście na ziemię, powrót do „realu”, bo mistrzowie Hiszpanii bo bezbarwnym występie tylko zremisowali w San Sebastian, ani przez moment nie prezentując poziomu godnego królewskich barw. Real niby miał przewagę (więcej posiadania piłki, więcej rzutów rożnych, więcej podań – zupełnie niepotrzebnych, ale jednak), ale to Sociedad był bliżej wygrania tego meczu. Stworzył mniej okazji, ale były bardziej konkretne i tylko interwencja Courtois zapobiegła utracie gola. Po drugiej stronie w bramce mógłby stać woźny albo moja teściowa, a i tak nic by nie wpadło. Benzema w swoim stylu marnował kolejne setki (podobno zdobył 4 gole w sparingu z rezerwami Getafe, więc chyba już się wystrzelał), Rodrygo na skrzydle nie robił nic, na drugim hasał Vinícius, ale poza wiatrem też nie zrobił wiele, a gdy pędził na bramkę i miał okazje na oddanie strzału, to wolał podać do wystraszonego debiutanta, którego Zidane nie wiedzieć czemu wpuścił na boisko (jak nie idzie w ataku i chcesz ratować wynik, to nie młodzikami z trzeciej ligi! – to jest Real Madryt u licha, a nie jakaś Szczakowianka czy Podbeskidzie, przy całym szacunku). Jedynym pozytywem meczu był powracający z wypożyczenia Martin Ødegaard – melodia przyszłości, tylko z kim on miał grać, jak wszyscy wokół drętwi i niemrawi. Ktoś powie: to dopiero początek rozgrywek, nic się nie stało. W pewnym sensie to prawda. Stało się, bo zgubiliśmy punkty (piszę „my” identyfikując się z drużyną), których na finiszu może zabraknąć, ale oczywiście wszystko można nadrobić. Tylko że problem leży głębiej. Nie tylko w nieskutecznym Benzemie, nijakim Rodrygo, wycofanym Viníciusie czy hamulcowym Kroosie. Problem leży dużo głębiej i nie da się go rozwiązać. Na pewno nie w najbliższym czasie. Ten problem nazywa się Zinédine Zidane.

To temat rzeka, ale spróbuję napisać bardzo krótko, poniekąd w nawiązaniu do wczorajszego meczu. Ja wiem, że to początek sezonu, ale w końcu ci ludzie grają od dawna ze sobą, Zidane trenuje ich półtora roku, a nie było żadnej fajnej akcji. Ani jednej. Żadnych wyuczonych zagrywek, schematów. Nic. Widziałem wcześniej Bayern (którego normalnie nie lubię) i wczoraj Real. To tak jakbym oglądał pierwszą ligę i potem trzecią czy czwartą. Jesteśmy żałośni z tym klepaniem bez celu, bez umiejętności stwarzania zagrożenia. Zero konkretów z przodu. Najlepszy obrazek z meczu to próba wyjścia z szybką kontrą, wszyscy wybiegają z pola karnego, a Kroos zagrywa do tyłu na aut. To jest mentalność zaszczepiona przez Zidane’a – zwalniać, hamować, klepać, przez minutę wymieniać dziesiątki podań z bramkarzem. Grać do tyłu lub do boku, byle nie do przodu. Przy takim podejściu tutaj żaden Mbappé nie pomoże. Europa nie tylko odjeżdża, ale już zupełnie znika z radaru. A Zidane jest zadowolony. „zagraliśmy dobry mecz”. No nie, nie zagraliśmy. Ale to samo słyszymy po każdym spotkaniu. Przypomnę słynne „95% sezonu było spektakularne” po wygraniu mistrzostwa w mękach i bólach z najsłabszą od lat Barceloną. Nie, nie było, może 5% było spektakularne, a większość meczów to było męczenie buły z ligowymi słabeuszami, gra bez polotu, bez pomysłu, nijaka i nudna jak flaki z olejem. Wyszarpywane zwycięstwa po golach z rzutów karnych w spotkaniach, które klasowa drużyna powinna wygrywać na luzie kilkoma bramkami. Tak to wyglądało, ale inaczej widzi to żyjący w świecie iluzji trener. Użyję analogii do naszego selekcjonera Brzęczka, który po jałowym meczu z Holandią (gdzie Polacy głównie przeszkadzali, kopali po nogach i oddali jeden strzał) też był zadowolony. To te same różowe okulary i ten sam poziom hipokryzji. Właśnie takie podejście to wielki problem Realu Madryt. Bayern jest tu dobrym odnośnikiem, bo oni też zmienili trenera. Jesienią 2019 przyszedł Hansi Flick (kto???) i bez żadnych transferów, jak za dotknięciem magicznej różdżki zmienił drużynę przegrywającą 1-5 w Bundeslidze z Eintrachtem w piłkarskiego potwora, który zgniata kolejnych rywali. Bayern wpakował 8 bramek Barcelonie, wygrał Ligę Mistrzów, a nowy sezon zaczął od 8-0 z Schalke. Patrzyłem zachwycony z zazdrością, jak to wszystko jest tam teraz poukładane, jak przećwiczone i wypracowane. Jest pomysł na to, jak mają grać, jak konstruować akcje…. Można? Można.

Co z tym można zrobić? Na razie nic. Zidane jest zbyt wielką postacią w Madrycie, by myśleć o jego odejściu. Wygrał tu wiele i nikt mu tego nie odbierze. Nawet jeśli jego wkład ograniczał się do właściwego zarządzania ego gwiazd, to sukcesy idą na jego konto. To sympatyczny człowiek, miły dla swoich (i bardzo trudny dla „nieswoich”), dbający o nich niczym ojciec, dlatego Benzema będzie grał zawsze (ostatnio powstał nawet irracjonalny pomysł wypożyczenia Jovicia, jedynego drugiego napastnika w klubie – więc co wtedy, gdy Karim będzie kontuzjowany?), podobnie inni weterani, którzy kiedyś dużo wygrali, ale teraz ewidentnie nie dają rady. Z drugiej strony młodzi też nie dają rady, co pokazał wczorajszy mecz. Ale wracając do Zidane’a. Facet nie jest taktykiem ani strategiem, ale trzeba go zaakceptować, bo jeszcze długo będzie trenerem Realu Madryt (nie straci pracy nawet w razie słabych wyników, bo jest zbyt ważny przy transferach Mbappé i kolejnych Francuzów). Trzeba się przyzwyczaić i po prostu nie oczekiwać dużych zmian, ani w kadrze, ani w stylu gry Los Blancos. Nadal więc oczy będą krwawić podczas oglądania spotkań, nie będzie ani ładnej, szybkiej gry, ani wielu goli. Będą męczarnie z ogórkami (filozofia „cierpienia” – obok „zabrakło intensywności” – to też jedno z naczelnych haseł Zizou, które mnie akurat bardzo irytuje, bo cierpieć to powinni rywale Realu) i modlitwy o dowiezienie do końca skromnego prowadzenia. Im szybciej to zrozumie kibic Realu Madryt, tym więcej nerwów oszczędzi. Ciężko to zaakceptować mając w pamięci, jak grał Real kiedyś (nawet nie tak dawno), ale zawsze dla poprawy humoru można obejrzeć stare mecze. Chyba że zdarzy się cud: Zidane zrozumie, że nie tędy droga i przypomni sobie, że sam był magikiem na boisku, więc jego drużyna powinna grać zupełnie inaczej, bardziej nowocześnie i przebojowo. Wierzycie w cuda?

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: