PSYCHOTIC WALTZ The God-Shaped Void

Psychotic Waltz God-Shaped Void recenzjaPSYCHOTIC WALTZ
The God-Shaped Void
2020

Był sobie zespół Psychotic Waltz, jeden z amerykańskich pionierów metalu progresywnego. Na początku lat 90. wydał cztery albumy (dwa ostatnie – Mosquito (1994) i Bleeding (1996) całkiem zacne) i zakończył działalność. Lubię nieoczekiwane powroty, ale 24 lata ciszy to nie lekka, ale już spora przesada. Niemniej w przypadku Psychotic Waltz tak się właśnie stało. Kalifornijczycy swój piąty album wydali całkiem niedawno. Jakby nigdy nic. Jakby tej przerwy nie było. Zebrali się w oryginalnym składzie i nagrali naprawdę niezły krążek. Sięganie do historii sprzed trzech dekad nie ma najmniejszego sensu, bo i tak nikt (prawie nikt) o tym zespole nie pamięta, dlatego polecam sięgnąć po płytę The God-Shaped Void tak, jakby to był debiut. Wprawdzie całość nieco trąci myszką, ale tylko pod względem kompozycji z nutką psychodelii i mroku, bo brzmienie jest jak najbardziej nowoczesne i przestrzenne. A ta „myszka” w dobie powszechnego renesansu retro rocka wcale nie jest żadnym minusem.

Pustka w kształcie Boga krytykuje współczesnego człowieka, cynicznego, zakłamanego, uwikłanego w stworzone przez siebie systemy, obojętnego na wartości i prawa natury. Muzycznie to współczesna odmiana prog metalu, niepozbawiona melodyjnych refrenów, lecz również zmian tempa, akustycznych wstawek i porywających solówek. Jednym słowem – dzieje się dużo i dzieje się dobrze. Bardzo solidne, dojrzałe granie i choć to wyświechtane słowa, pasują jak ulał. Nic dziwnego, panowie do młodzieniaszków nie należą, a wieloletnie estradowe doświadczenie procentuje. Davon Garves śpiewa jak natchniony, a gitarowe partie Dana Rocka i Briana McAlpina nie pozostawiają obojętnym. Najważniejsze jednak są same kompozycje – dopieszczone, zwarte, na swój sposób przebojowe, z odpowiednim balansem między metalowym ciężarem a wpadającą w ucho melodią. Z tą melodią to tak różnie bywa, bo to trochę pogmatwane granie, ale w końcu Psychotic Waltz to nie jakiś Bon Jovi, żeby ich rozliczać z hitów i nośnych refrenów.

Płyta wchodzi w całości, żadne z nagrań jakoś specjalnie nie wyrasta ponad inne, podobnie jak muzycy nie starają się osobno zaistnieć, a swe popisy podporządkowują spójności materiału. Łatwo wyróżnić dwie ballady – The Fallen z imponującym finałem i Demystified z piękną partią fletu Garvesa, instrumentu charakterystycznego dla grupy i często tu wykorzystywanego. Większość utworów jest melodyjna i utrzymana w średnich tempach (Stranded z delikatnym, tęsknym wręcz wokalem, While The Spiders Spin, In The Silence), w niektórych uderza ciężki riff (Back To Black, All The Bad Men czy Pull The String), ale mój ulubiony fragment to Sisters Of The Dawn, przebojowy i klimatyczny, z cudownie rozbudowaną częścią instrumentalną, absolutny majstersztyk w zestawie (i jedna gwiazdka więcej do oceny). Na takie granie warto było czekać. Nawet 24 lata. Liczę, że teraz chłopaki pójdą za ciosem i nieco przygazują z następnym wydawnictwem.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: