KATATONIA
City Burials
2020

![]()
![]()
![]()
![]()
Recenzowanie płyt szwedzkiej Katatonii robi się coraz trudniejsze. Wprawdzie polubiłem ich, gdy tylko porzucili duszny doom metal na rzecz bardziej melodyjnego, progresywnego grania (czyli od trzeciej płyty Discouraged Ones), nadal o dość depresyjnym wydźwięku. Potem trochę pobłądzili, a ich ciągłe łagodzenie brzmienia stało się wręcz nieznośne (apogeum tego rozmemłania był Dead End Kings z 2012 roku). Wspomniałem o tym opisując poprzedni album Fall Of Hearts z 2016 roku, który nie przyniósł zbyt wiele ciekawej muzyki, a samo solidne rzemiosło to trochę mało. Minęły cztery lata – szmat czasu, wystarczy na napisanie kilku dobrych utworów – i oto mamy kolejny album City Burials. Zwiastujący go na pierwszym singlu Lacquer sugerował, że dalej będzie delikatnie i piosenkowo. To ładne nagranie, nastrojowe, podszyte elektroniką, ale liczyłem na coś innego. „Coś innego” przyszło wraz z drugim singlem – Behind The Blood sięga korzeni, jest tu moc, metalowa energia, potężne gitary, i wszystko to ubrane w przebojową melodię. To był już wiele obiecujący zwiastun.
City Burials może nie jest płytą wybitną, bo brak wyrazistości Katatonia ma zapisane w swoim DNA, ale tym razem dostarczyła sporo materiału na niezłym poziomie, i mam tu na myśli stricte metalowe kompozycje, a nie jakieś pseudorockowe smutasy. Ot choćby otwierający wydawnictwo Heart Set To Divide – zaczyna się niewinnie od ciepłego wokalu Jonasa Renkse, ale potem zaskakuje połamanym rytmem i daje niezły wycisk. Niezły jak na Katatonię, bo oczywiście nadal więcej tu artyzmu niż łojenia. Podobnie jest w pokręconym Rein i singlowym The Winter Of Our Passing oraz w dwóch bonusach, które dostajemy w wersji tylko digipack – walcowatym Closing Of The Sky (to w zasadzie ballada, ale z miażdżącym finałem) i rozpędzonym Fighters. Katatonia wróciła do rocka! Jeszcze nie na 100%, ale jednak. Przyznam, że mi to bardzo odpowiada, bo cenię grupę za wczesne albumy z lat 90., a jak szukam łzawych balladek, to mam od tego kilka innych zespołów. Chyba że są tak imponujące jak mroczne Vanishers z gościnnym, pełnym dramaturgii wokalem Anni Bernhard z Full Of Keys. Nie sposób nie docenić klasy tego utworu. To najładniejsza kompozycja na płycie, a i w całej dyskografii trudno znaleźć wiele podobnych.
Wymieniłem więcej niż połowę utworów. Dlaczego więc twierdzę, że trudno ocenić ten album? Bo mimo lepszych melodii i ogólnie rockowego charakteru, jest tu też sporo piosenek bezbarwnych i nijakich. Ta różnorodność burzy spójność materiału i godzinna przygoda z nową Katatonią nieco męczy. Gdyby zamiast 13 nagrań było 8 czy 9, wyszłoby płycie na zdrowie. Bez bonusów jest 11, ale akurat te dwa dodatkowe utwory są warte grzechu, a odrzuciłbym kilka innych. Ale mamy ile mamy i jednak nie ulega wątpliwości, że na City Burials jest znacznie lepiej niż na wspomnianym Fall Of Hearts, że nie wspomnę kilku jeszcze starszych pozycji. Mówię o samych kompozycjach, bo doskonałe brzmienie nagrań, świetna praca gitarzystów czy dopracowane, depresyjne wokale Jonasa Renkse to w Katatonii „oczywista oczywistość”. Szwedzi zrobili krok we właściwym kierunku i wypada jedynie życzyć, by nie zawracali z tej drogi, a jedynie popracowali nad melodiami.
