KANSAS The Absence Of Presence

Kansas Absence Of Presence recenzjaKANSAS
The Absence Of Presence
2020

50 lat! Coraz częściej na początku recenzji rzucam to hasło. Już 50 lat istnieje zespół Kansas, klasyk progresywnego grania zza Oceanu (gdzie tego typu muzyka nigdy nie była zbyt popularna), amerykański odpowiednik brytyjskich grup typu Camel, Genesis, Yes czy Emerson Lake & Palmer. Ich wielki comeback po kilkunastu latach milczenia opisałem przy okazji recenzji ciepło przyjętej przez publikę poprzedniej płyty Prelude Implicit z 2016 roku. Muzyka może nie porywała, ale sam fakt jej wydania był godny odnotowania. Teraz mamy kontynuację w postaci albumu The Absence Of Presence – to taki miły gest dla fanów na 50-lecie działalności zespołu. Dlaczego dla fanów? Bo dzisiaj raczej nikogo innego takie granie nie porwie. To muzyka dla starych pryków (takich jak ja, wychowanych na latach 70.), chociaż zaaranżowana nowocześnie i całkiem nieźle brzmiąca.

Producent Zak Rizvi, zarazem gitarzysta i autor tekstów, mówi, że „każdy fan znajdzie na tej płycie coś dla siebie, od prawdziwych rockersów, po utwory epickie i ballady”. Rockersów nie znalazłem, ale może coś innego miałem na myśli (na pewno jest dużo ciężkich zagrywek, album jest bardziej dynamiczny od poprzednika). Ballady są dwie (Memories Down The LineNever), pozostałe to co najwyżej balladowe fragmenty poszarpanych melodycznie nagrań. Epickim zaś mogę nazwać tylko otwierający zestaw utwór tytułowy. The Absence Of Presence trwa ponad 8 minut i oferuje typowy Kansas w pigułce – delikatny wokal, hardrockowe riffy i mocarne, symfonicznie brzmiące klawisze w rozbudowanej części instrumentalnej, gdzie muzycy mogą się wyszaleć. Zabrakło tylko konkretnego refrenu, ale i tak ten utwór trzeba zapisać po stronie plusów. A cała reszta? Po prostu jest obecna. Żadne z nagrań nie zapada w pamięć, żadne nie zaskakuje, do żadnego nie mam ochoty wracać ani go wymieniać. Są nijakie. Bezpłciowe. Rzecz jasna świetnie zagrane, ale czy to wystarczy? Mnie na pewno nie. Brak wyrazistości utworów to stały problem Amerykanów – przez te 50 lat zespół nie wylansował wielu hitów, na upartego wymienię dwa czy trzy, a to tyle co nic. I nowy album nic w tej kwestii nie zmieni. Melodie są zawiłe, rwane, jakby ktoś na siłę chciał naśladować stary Kansas, tylko nie umiał stworzyć dobrych utworów. Może tak było – piosenki pisali głównie nowi członkowie, bo tych najważniejszych weteranów już dawno w grupie nie ma: Steve’a Walsha (śpiew, klawisze, perkusja), Kerry’ego Livgrena (gitara, klawisze) i Robby’ego Steinhardta, którego skrzypce obok dwóch gitar prowadzących stały się wyróżnikiem stylu zespołu.

Mimo wszystko dobrze, że takie zespoły jak Kansas nadal działają, koncertują i tworzą nową muzykę zamiast tylko odcinać kupony od przeszłości. To gatunek na wymarciu, więc trzeba cieszyć się tym, co oferują i docenić, że im się nadal chce. Nawet jeśli muzyka nie do końca podchodzi (lub nie podchodzi w ogóle). Niech próbują dalej, wszak ćwiczenie tworzy mistrza.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: