OZZY OSBOURNE Ordinary Man

Ozzy Osbourne Ordinary Man recenzjaOZZY OSBOURNE
Ordinary Man
2020

Ozzy Osbourne to postać absolutnie wyjątkowa na muzycznej scenie. Śpiewając w Black Sabbath stał się prawdziwą ikoną rocka, i tak jak kocham go za tamten okres (ale to było ponad 40 lat temu!), tak samo nie trawię jego późniejszych dokonań. Nie tylko muzycznych, bo robienie z siebie błazna w telewizyjnym reality show też było nie na miejscu. Ale Ozzy taki właśnie jest – robi co chce, ma w nosie co ludzie myślą, a umówmy się – wokalistą wielkim nie jest i nigdy nie był, jego solowe płyty nie umywają się do tych z zespołem, więc trzeba było szukać innych form zaistnienia. Ale to wszystko było dawno temu i nie ma sensu wracać do poprzednich dekad, skupmy się na teraźniejszości. Ten 71-letni dziś wokalista cierpi na chorobę Parkinsona i mocno ograniczył wszelką działalność, ale niedawno wydał swój nowy, patrząc po tytułach nagrań (All My Life, Today Is The End, Goodbye) najprawdopodobniej ostatni w ogóle album zatytułowany z przekąsem Ordinary Man. Wszystko o Ozzym można powiedzieć, ale na pewno nie to, że jest „zwyczajnym, przeciętnym człowiekiem”. Był bardzo, bardzo niezwyczajny. Ale nagrał bardzo zwyczajną, przeciętną płytę.

Jeśli to pożegnalny krążek chorego muzyka, nie wypada go krytykować, ale na moment zostawmy to na boku, podobnie jak całą karierę Ozzy’ego, jego niepodważalne zasługi dla hard rocka itp. Liczą się nowe utwory, napisane bardzo szybko, bo zaledwie w tydzień, głównie przy pomocy dwóch zacnych panów – Chada Smitha (perkusista Red Hot Chili Peppers) i Duffa McKagana (basista Guns N’ Roses). To słychać, bo dużo tu nijakości, stworzone „na kolanie” kompozycje nie porywają, są do bólu przeciętne, bezbarwne. Ot po prostu poprawna, rzemieślnicza robota trzech wypalonych muzyków, którzy najlepsze lata mają dawno za sobą. Najlepszym przykładem jest kompozycja tytułowa – beatlesowska w klimacie, leniwie snująca się w nieskończoność ballada, w której Ozzy’ego wspomaga Sir Elton John (wokalnie i na pianinie), i samo to już wystarczy za komentarz. Żeby jednak zanadto nie biadolić, spróbuję z tego zestawu wyłowić te ciekawsze momenty. Singlowy Under The Graveyard ma w sobie coś z klimatu lat 70. – niby ballada, ale serwuje też ciężki riff oraz mocną solówkę gitarową, niestety po obróbce komputerowej brzmiącą nienaturalnie (eh, takie czasy, wszystko musi być polerowane, czyszczone, poprawiane, odhumanizowane – również głos Osbourne’a w niektórych utworach jest przetworzony i podrasowany). Straight To Hell, w którym na gitarze gościnnie wywija Slash, udanie otwiera album – chóralny początek, klasyczne „all right now” Ozzy’ego i mocny riff zwiastują rockową ucztę, ale to puste obietnice bo później wszystko się rozmywa, jest więcej popu niż hard rocka, a całość wieńczą dwa numery rapera Post Malone’a. Warto jeszcze wspomnieć o utworze Goodbye – złowieszczy stonerowy walec, przełamany przyspieszeniem w środkowej partii, to mój prywatny numer jeden na płycie. Numer jeden i jedyny. Reszta do zapomnienia.

Mimo wszystko fajnie znów słyszeć Ozzy’ego, nawet w tak słabym repertuarze. Nie co dzień jest niedziela, a ostatnie godne uwagi płyty Książę Ciemności nagrał w poprzednim stuleciu. Jego legendzie to nie zaszkodzi, i chociaż szkoda byłoby tak bezbarwnego finału dla takiej postaci, to jednak nie zapominajmy, że Ozzy w czasach współczesnych apogeum osiągnął w reaktywowanym Black Sabbath pożegnalnym albumem 13. I lepiej zapamiętajmy go z tamtych nagrań.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: