PRETTY MAIDS Undress Your Madness

Pretty Maids Undress Your Madness recenzjaPRETTY MAIDS
Undress Your Madness
2019

Pretty Maids to jeden z najważniejszych metalowych zespołów z Danii, powstały w 1981 roku z inicjatywy wokalisty Ronniego Atkinsa i gitarzysty Kena Hammera. Po niezłym starcie grupa dostała zadyszki, spuściła z tonu, ale płytami Pandemonium (2010) i przede wszystkim znakomitą, mocno przeze mnie wychwalaną Motherland (2013) zdecydowanie wróciła do pierwszej ligi łojenia ze znakiem jakości. Panowie wywijają jak za młodych lat, imponują radością z grania i energią rzadko spotykaną u ludzi będących razem na estradzie niemal 40 lat. Świetne melodie, jakich brakowało na wielu wcześniejszych krążkach, kapitalne dialogi gitar z klawiszami, do tego mocny, dojrzały wokal przeżywającego drugą młodość Atkinsa (który niestety niedawno poinformował, że ma raka płuc…) – to wszystko tworzy wybuchową mieszankę dla ludzi lubiących proste rockowe granie. Jak na tle tych pochwał wypada nowy album formacji Undress Your Madness? Całkiem dobrze. Szału nie ma, ale wstydzić się też nie ma czego.

Zaczyna się znakomicie – od dwóch dobrych utworów, które na singlach promowały wydawnictwo. Serpentine ma w sobie wszystko to, za co cenię Duńczyków – nie tylko fajną melodię i równo pracującą sekcję, ale przede wszystkim power. Wyrazisty riff, udane dialogi gitary z klawiszami, mocny wokal i żadnego ukłonu w stronę komercji. Firesoul Fly też daje radę, ale jest bardziej popowy, niczym żywcem wyjęty z lat 80., kiedy takie granie było bardzo modne (pamiętacie Bon Jovi?). Trochę brak mi tu pazura, ale to wada całego krążka, gdzie konkretne, rockowe granie przeplata się z nijakimi piosenkami. Mnie najbardziej kręcą ostrzejsze utwory – moc powraca w tytułowym Undress Your Madness, a także w Black ThunderIf You Want Peace (Prepare For War) – to najbardziej mroczny fragment albumu i tylko żałuję, że reszta nie trzyma tego poziomu. Ale dla ludu też coś musi być. Jest więc ciągnący się bez końca Will You Still Kiss Me (If I See You In Heaven) (złośliwie powiedziałbym: jaki tytuł, taka piosenka), równie miałki Shadowlands i na sam koniec bezbarwna ballada Strength Of A Rose, jakich setki lecą w radio. Innymi słowy jest fifty fifty i każdy znajdzie tu coś dla siebie. Całościowo ten miszmasz wypada średnio i taką też daję ocenę. Wiem, że Pretty Maids stać na znacznie więcej, bo wrócili mocniejsi niż kiedyś – wokal Atkinsa jest lepszy, a samo brzmienie potężne jak nigdy, najlepiej to słychać na albumie Louder Than Ever sprzed 5 lat, gdzie przerobili stare utwory. Jeśli więc wokalista pokona raka, czego mu serdecznie życzę, to panowie zapewne dostarczą nam jeszcze wielu chwytliwych melodii na bazie ostrych riffów.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: