BLACK MOUNTAIN Destroyer

Black Mountain Destroyer recenzjaBLACK MOUNTAIN
Destroyer
2019

15-lecie swego istnienia kanadyjska psychodeliczna grupa Black Mountain uczciła w jedyny słuszny sposób – wydaniem nowego albumu, piątego w dyskografii. Zachwycałem się ich poprzednim krążkiem sprzed trzech lat, który niczym tęcza mienił się wieloma artrockowymi barwami, i tak naprawdę wiedziałem, że trudno będzie to przebić. Zwłaszcza po odejściu dwóch ważnych na tej płycie postaci – współzałożyciela zespołu perkusisty Joshuy Wellsa oraz Amber Webber, której anielski głos tak czarował w utworach na genialnej Czwórce (jej następczyni Rachel Fannan też sobie radzi). Nie spodziewałem się jednak, że grupa zrobi stylistyczną woltę i nagra album niemal metalowy. Elementy space rocka oczywiście są nadal obecne, ale po lekkości nagrań z 2016 roku nie ma śladu. Przyznaję bez bicia, że nowe – surowe i dzikie wcielenie Kanadyjczyków nie przypadło mi do gustu.

Pierwsze nagrania to bezładny hałas i nie będę na nie tracić czasu. Klimatyczny Close To The Edge przywołuje dawnych wspomnień czar, ale jest króciutki i przemija, nim się na dobre rozkręci. Tekst „close to the edge” powraca jeszcze w spacerockowo-hardrockowym Licenced To Drive – lider formacji, wokalista i gitarzysta Stephen McBean w 2017 roku wyrobił prawo jazdy, więc nie omieszkał się pochwalić i zafundował słuchaczom naprawdę ostrą jazdę. Fajny numer, ale czy koniecznie dla tej grupy? Idealna wizytówka nowego oblicza Black Mountain to High Rise – szalony utwór o gęstym brzmieniu, z efektowną pracą bębnów (aby zastąpić Wellsa do nagrań zaproszono aż trzech perkusistów!) i klawiszowymi wariacjami, który z pewnością świetnie sprawdzi się na koncertach, bo finałowa partia aż się prosi o rozwinięcie. Mnie jednak taki nadmiar atrakcji przeszkadza – jest za ciężko, za głośno i za gęsto, wolałem przestrzenne granie w starym stylu. Jeśli miałbym coś polecić z tego albumu, byłby to Boogie Lover, też ciężki, przesiąknięty duszną doomową atmosferą, wręcz monumentalny utwór, ale znacznie przyjemniejszy w odbiorze, z bardziej wyrazistym wokalem i melodią; oraz wieńczący całość FD 72, najbardziej psychodeliczny w zestawie, w którym wokal Stephena od razu budzi skojarzenia z wczesnym Davidem Bowie. To najlepszy fragment tego rozczarowującego w sumie krążka.

Albumy Black Mountain to swoista sinusoida – po świetnym In The Future słabiutki Wilderness Heart, po rewelacyjnym IV dziwaczny Destroyer, w którym najbardziej podoba mi się… tytuł. Niszczyciel. Rzeczywiście skutecznie zniszczyli nadzieje na kontynuację wcześniej obranej drogi. To trudna w odbiorze płyta, która jednak rośnie z każdym przesłuchaniem, człowiek się przyzwyczaja do tych melodii, dostrzega pewne niuanse. To nie zmienia faktu, że moim zdaniem muzycy zrobili krok wstecz i nagrali album co najwyżej średni. Ale skoro sinusoida, to następnym razem będzie znacznie lepiej, i to jest dobra wiadomość.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: