REAL-GIRONA 1-2 Madrycki blamaż definitywnie kończy marzenia o mistrzostwie

Real-Girona 1-2 hiszpańska la liga 2018/2019Po maratonie trzech trudnych wyjazdowych spotkań (Barcelona na Camp Nou, Atlético na Wanda Metropolitano i Ajax na Johan Cruyff ArenA) nadeszła pora na mecz w Madrycie. Teoretycznie pogrążona w kryzysie Girona (która ostatnio przegrała nawet z ostatnią w tabeli Huescą) nie powinna stanowić dla Królewskich żadnego wyzwania, ale futbol czasem pisze własne scenariusze i zawsze trzeba uważać. Tym bardziej, że po wyczerpującym tygodniu Solari postanowił dać odpocząć kilku podstawowym zawodnikom – od pierwszej minuty zabrakło przede wszystkim napędzających akcje Viníciusa i Modricia, więc tempo gry na Bernabéu było spokojne, chwilami wręcz senne. W pierwszej połowie gola głową w 25 minucie zdobył Casemiro i poza tym nie działo się wiele ciekawego. Goście głównie się bronili i szukali swoich okazji z kontry, a Real niby kontrolował wydarzenia, ale z jego optycznej przewagi niewiele wynikało.

Po zmianie stron Królewscy zaczęli jeszcze gorzej, bo w 59 minucie to Girona zagroziła bramce Courtois i powinna była wyrównać, lecz Aleix García nie trafił do pustej bramki. Przy grze na stojąco i braku agresji ze strony Królewskich skromne prowadzenie wisiało na włosku. Real nie zabił meczu, chciał wygrać bez wysiłku, oddał inicjatywę gościom i to się zemściło. Kolejna akcja Girony przyniosła uderzenie w słupek, a dobitkę Douglasa ręką obronił Ramos. Rzut karny wykorzystał Stuani i na Bernabéu zrobiło się nerwowo. Na boisko wszedł Vinícius i Bale, Solari wreszcie zdał sobie sprawę, że po dobrych wynikach z wielkimi rywalami nie wypada się potknąć na Gironie. Ale to goście nadal nacierali i w 70 minucie Portu trafił w słupek. Ostrzeżenie nie zadziałało, więc 5 minut później Portu już strzelił gola przy spóźnionym Marcelo. Girona po 10 meczach bez wygranej prowadziła w Madrycie! Tak się kończy minimalizm, gdy zaspani Los Blancos zadowalają się jednobramkowym prowadzeniem zamiast przycisnąć rywala i zamknąć mecz. Atmosfera rozprężenia i pikniku oraz brak motywacji przy rywalu z niższej półki zrobiły swoje. Na ostatni kwadrans Solari wpuścił na boisko wszystkie armaty – wszedł Vinícius i Mariano, ale to nie był ich dzień. Rywale byli lepsi, szybsi, rośli z każdą minutą, a gospodarze nie mieli ani pomysłu, ani wiary, ani jakości, by strzelić gola ligowemu outsiderowi. Niepojete, ale taki jest właśnie Real Madryt – może wygrać z każdym, i z każdym też przegrać. W ostatniej minucie czarę goryczy przelał kapitan, który nie tylko poszedł na dno z własnym statkiem, ale nawet pierwszy go opuścił. Sergio Ramos po kolejnym faulu wyleciał z boiska (to jego 25. czerwona kartka w białych barwach!) i nic się już nie zmieniło.

Po leniwej pierwszej i dramatycznie złej drugiej połowie madrytczycy przegrali wylewając kubeł zimnej wody na głowy wszystkich tych, którzy mówili o nawiązaniu walki z Barceloną o mistrzostwo Hiszpanii. Żadnej walki nie będzie, zresztą szanse na to i tak były minimalnie. Real może tylko zrobić to co zwykle – skupić się na innych rozgrywkach. Smutne, ale prawdziwe.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: