NAZARETH Tattooed On My Brain

Nazareth Tattooed On My Brain recenzjaNAZARETH
Tattooed On My Brain
2018

Szkocki zespół rockowy Nazareth wydał nowy album i nic. Cisza. Nikogo to nie interesuje. Cóż, takie czasy, weterani grają tylko dla wybrańców… Mnie wprawdzie też to specjalnie nie rusza, bo czasy świetności grupy trwały krótko i dawno minęły, ale fakt ten należy odnotować przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że Nazareth obchodzi 50-lecie istnienia (powstał w 1968 roku w Dunfermline pod nazwą Shadettes), a to bardzo ważny jubileusz, niewielu wykonawcom jest dane cieszyć się tak długą karierą. Po drugie płyta Tattooed On My Brain, 24. w dyskografii kwartetu, to zarazem pierwszy album nagrany bez Dana McCafferty’ego. Oryginalny wokalista grupy już w 2013 roku ogłosił, że jest zmuszony przejść na emeryturę ze względu na stan zdrowia, ale jeszcze zaśpiewał na wydanym rok później krążku Rock’n’Roll Telephone. Zastąpił go początkowo młody Linton Osborne, a od 2015 roku oficjalnym frontmanem Nazareth jest Carl Sentance, znany (znany?) wcześniej z epizodów w Tokyo Blade i szwajcarskim Krokusie. Śpiewa solidnie i czysto, inaczej niż Dan (co pewnie wielu fanów zirytuje), lecz ogólnie mówiąc daje radę.

Teraz przejdźmy do muzyki, bo ta jest zaskakująco dobra. Oczywiście nie odwołam się tu do klasyki z lat 70. i czasów Hair Of The Dog, bo dzisiaj Nazareth to druga, jak nie trzecia liga mocnego łojenia, ale jeśli podejdziemy do nowej płyty bez specjalnych oczekiwań, jest szansa na pozytywne zaskoczenie. Mało tu bezpłciowych piosenek i miałkich melodii (jakich Szkoci mieli sporo w repertuarze), większość z 13 kompozycji to rasowe hardrockowe numery, które może żadnymi hitami nie będą, ale wstydzić się nie ma czego. Już oparty na porządnym riffie pierwszy utwór Never Dance With The Devil daje solidnego kopa, nieco lżejszy i bardzo chwytliwy (kapitalny refren) utwór tytułowy zaskakuje punkowymi inklinacjami, zaś trzeci State Of Emergency startuje od riffu w stylu AC/DC, który od razu poznacie, potem serwuje świetne tempo i niezłą solówkę gitarową, podobnie jak jeszcze lepszy Pole To Pole. W tym momencie przecierałem oczy (uszy) ze zdumienia, bo tyle energii i fajnego rock’n’rollowego grania dawno nie słyszałem na płytach Nazareth. Ta pięćdziesiątka im wyraźnie służy. Dla wielbicieli bluesa jest sunący wolno niczym walec Push czy następujący po nim This Secret Is Out, a płytę zamyka 6-minutowa akustyczna pościelówa You Call Me. Też niczego sobie, choć to akurat nie moje klimaty (tu akurat śpiewa basista Pete Agnew, jedyny członek oryginalnego składu). Reszty nie odkrywam, pozostawię to Państwu. Na pewno warto sięgnąć po ten album, choćby z dwóch podanych we wstępie powodów. Etap z Danem McCaffertym jest zamknięty, a nowy – nazwijmy go 50+, otwarto całkiem efektownie.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: