VOIVOD The Wake

Voivod The Wake recenzjaVOIVOD
The Wake
2018

Voivod początkowo należał do zespołów grających prosty thrash metal, lecz z czasem Kanadyjczycy zaczęli szukać bardziej rozbudowanych form, nagrywali nawet covery nagrań King Crimson czy Pink Floyd (zespołów ambitnych i nietuzinkowych), i odnaleźli własną tożsamość ubarwiając swoje utwory progresywnymi wstawkami i różnego rodzaju smaczkami czyniącymi muzykę bardziej intrygującą. Taki jest też The Wake, najnowsze dzieło panów z Quebecu. Najlepiej opisał to Michael „Away” Langevin, współzałożyciel formacji i jedyny muzyk z oryginalnego składu: „To album koncepcyjny, bardzo zawiły. Sama opowieść zawiera przyrodzoną Voivod tematykę: katastrofy, chaos, konflikty, dziwne spiski i odmienne stany świadomości. To bardzo progresywny thrash. Nie brakuje też psychodelicznych klimatów. Utwory są dość długie. Wśród nich tylko jeden, krótki, bardziej rockowy numer, cała reszta to muzyka progresywna”. Perkusista powiedział niemal wszystko. Nie zaznaczył tylko, że progresywne łamańce nie zawsze dają nową jakość, czasem są sztuką dla sztuki i prowadzą donikąd.

Przyznam, że mam problem z tym albumem. Target Earth sprzed 5 lat był nudny jak flaki z olejem, niedawna EP-ka Post Society już znacznie ciekawsza (genialne We Are Connected z licznymi zmianami tempa i przeszywającą solówką Daniela „Chewy” Mongraina), ale dalej tęskniłem za jakimś konkretem, dobrą melodią, czymś dla ludu, a nie tylko dla absolwentów akademii trudnego grania. Był jeden lżejszy numer, Silver Machine, ale to stary hit Hawkwind, więc się nie liczy. Na The Wake dostaliśmy już tylko autorskie utwory, 56 minut dynamicznego, gitarowego młócenia z charakterystycznymi riffami Chewy’ego i refleksyjnymi zwolnieniami (to ta wspomniana psychodelia), ale bardzo długo trzeba się w to wgryzać, by w pełni docenić. Mnie się nie udało. Wydano aż trzy single i żaden mnie nie rusza. No może tylko ten pierwszy, Obsolete Beings – melodia średnio przyswajalna i hitu z tego nie będzie, ale praca sekcji wzorowa, a zmiana tempa w samym finale sprawia wrażenie, jakby to był inny utwór (w sumie rozpędzony do szaleństwa Always Moving też ma fajne zwolnienia). Więc skoro potencjalne przeboje nie są wyraziste, to czego oczekiwać po reszcie? Już odpowiadam – artyzmu, wirtuozerii, pełnych wyobraźni wielowątkowych struktur i 14. album Kanadyjczyków sporo tego przynosi. Nie wychwycicie tego za pierwszym czy drugim przesłuchaniem, trzeba dużo cierpliwości, by się w tym brzmieniu rozsmakować, o czym już pisałem. Ja jako wielbiciel melodii może nie w pełni doceniam kunszt Voivod (napiszę wprost – trochę przynudzają), ale muszę wspomnieć o tych lepszych momentach albumu. Na pewno należy do nich mroczne The End Of Dormancy, gdzie w ciągu niespełna 8 minut mamy pełen przekrój możliwości zespołu, od wolnego, ciężkiego wstępu, przez środkową kanonadę, po finałowe ukojenie. Różnorodnością riffów i wirtuozerią bębnów czaruje Spherical Perspective, kolejny progresywny majstersztyk, tym razem utrzymany w żywszym tempie. I wreszcie zamykający zestaw Sonic Mycelium, który wyróżnia się na pewno długością trwania i… niestety niczym więcej. Za mało się tu dzieje jak na 12 minut, a i melodia nie porywa.

Nie ulega wątpliwości, że po pewnej zadyszce Voivod jest na fali wznoszącej. Pobudka przynosi dużo interesującej, perfekcyjnej technicznie muzyki i jeśli tylko panowie dodadzą trochę melodii, mogą jeszcze dostarczyć wielu fantastycznych wrażeń. Na razie jest nieźle i… tylko tyle. Po kompletnie bezpłciowym poprzedniku dobre i to.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: