BOY GEORGE & CULTURE CLUB Life

Boy George Culture Club Life recenzjaBOY GEORGE & CULTURE CLUB
Life
2018

Pisać? Nie pisać? Chyba jednak wypada coś napisać, gdy po niemal dwóch dekadach ciszy znany artysta lat 80. decyduje się powrócić do muzycznej aktywności. Boy George, kto to taki? Młodzi mogą nie wiedzieć, ale to do niego wzdychały dziewczyny we wczesnych latach 80., gdy hity Do You Really Want to Hurt MeKarma Chameleon lansowała grupa Culture Club, jeden z najpopularniejszych przedstawicieli modnego wtedy stylu new romantic. Boy George szokował wówczas swoim niekonwencjonalnym wyglądem i stylem bycia, ale ten sukces trwał bardzo krótko. Więcej przebojów nie było, po 5 latach istnienia i wydaniu 4 płyt zespół się rozpadł, a solowa kariera wokalisty ani chwilowa reaktywacja formacji w 1998 roku też nie były udane. Teraz oto nieoczekiwanie mamy nowy rozdział tej historii – grupa wprawdzie oficjalnie działa od 2011 roku, ale dopiero teraz, pod koniec października 2018 wydała nowy album, firmowany nazwą Boy George and Culture Club (by ponownie skojarzyć jedno z drugim i żeby nikt przypadkiem nie zapomniał, kto tu rządzi).

Ten comeback nie dziwi, w ostatnich latach przecież nowe płyty po dekadach ciszy wydali niemal wszyscy wielcy noworomantyczni wykonawcy, a taki Depeche Mode przecież działał już wtedy i z sukcesem działa i nagrywa dalej. Musiała więc przyjść pora i na Culture Club. Płytę Life bardzo trudno ocenić. Niby wszystko jest jak należy, ale słucha się tego zupełnie bez emocji. Ten sam problem miałem recenzując Brilliant Ultravoxu, English Electric OMD czy Hearts And Knives Visage (chociaż akurat dwie pierwsze się wybroniły), a propozycje Blancmange, Human League czy Pet Shop Boys zupełnie odpuściłem. Po co psuć fajne wspomnienia? Nie można mówić o jakimś wyjątkowym, charakterystycznym stylu Culture Club, a same nowe kompozycje są co najwyżej poprawne – nie na tyle dobre, by zawojowały listy przebojów, by je zapamiętać i wspominać po latach. Bezbarwne ballady wypadają zupełnie nijako i nie zasługują na wymienianie, natomiast szybsze piosenki są całkiem znośne. Singlowy utwór Let Somebody Love You przyjemnie buja w rytmie reggae, z kolei Resting Bitch Face urzeka rytmem funky i gospelowymi chórkami, które są mocną stroną wydawnictwa. Mimo wszystko to ciągle nic nadzwyczajnego. Mnie najlepiej smakuje sam początek albumu – God & Love ze świetną gitarą i rozdzierającą wokalizą oraz hitowy Bad Blood urzekają klimatem, którego próżno szukać w kolejnych nagraniach. Gdyby dalej było podobnie, biłbym pokłony. Tak jedynie odnotowuję jako ciekawostkę, że Culture Club po 19 latach wydał nową płytę. Fajnie dla fanów, obojętnie dla reszty.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: