PINEAPPLE THIEF Dissolution

Pineapple Thief Dissolution recenzjaPINEAPPLE THIEF
Dissolution
2018

Piosenkowa wersja Pineapple Thief początkowo mnie nie przekonywała. Albumy All The WarsMagnolia były po prostu bezbarwne, nijakie. Dopiero dopieszczony w każdym szczególe Your Wilderness z 2016 roku podniósł krótkie kompozycje do rangi sztuki, oferował 40 minut artrockowego piękna. Zrozumiałe więc, że apetyt wzrósł. Następny krążek miał pokazać, czy dla Anglików była to tylko chwilowa zwyżka formy, czy rzeczywisty powrót do klimatycznego grania ze znakiem jakości. Niestety obawiam się, że raczej to pierwsze. Nowa płyta Dissolution wprawdzie zachowuje nastrój poprzednika (to się przyda na długie jesienne wieczory), ale w warstwie kompozycyjnej jest jedynie jego mizerną kopią. Może gdyby te krążki ukazały się w odwrotnej kolejności, Dissolution byłby przedsmakiem i świetnym wprowadzeniem do Your Wilderness, ale jest jak jest. Poprzeczka była zawieszona za wysoko.

Zaczyna się obiecująco – po ascetycznym i nieco przydługim intro wchodzi z impetem singlowy utwór Try As I Might. Niby nic szczególnego, ale ładna melodia i przyjemnie bujający rytm dają nadzieję. W podniosłym Threatening War jest znacznie lepiej, w ciągu ponad 6 minut znalazło się miejsce i na zaskakujące zmiany tempa, i na efektowne partie klawiszów i basu, jak też mocną solówkę gitarową. Jest nieźle, ale od tego momentu coś się psuje. Uncovering Your Tracks ciągnie się jak flaki z olejem, rytmiczny All That You’ve Got ma zadatki na przebój, lecz nie został mi w głowie i nijak go nie potrafię zanucić, z kolei Far Below jest rozdarty między delikatnością a rockową formą i traci na wyrazistości. Podobać się może finałowe nagranie Shed A Light, też nieco rozdarte w swej formie, ale tu to wszystko lepiej funkcjonuje, gitarowe popisy wręcz porywają, perkusja brzmi soczyście – na bębnach gra ponownie Gavin Harrison (Porcupine Tree), już jako pełnoprawny członek formacji. Ale tak naprawdę to dopiero drugi utwór, który mnie przekonuje. Mało…

Osobny akapit chciałem poświęcić koronnej kompozycji albumu, tylko nie bardzo jest o czym pisać. White Mist trwa 11 minut i już samo to wiele obiecuje. Oznacza, że panowie mają pomysł, do nagrania zaprosili nawet legendarnego amerykańskiego gitarzystę Davida Torna, chcą zaszaleć, porwać słuchacza, na wzór starych klasyków stworzyć coś wyjątkowego. Ale wyjątkowa jest tylko długość nagrania. Niezbyt angażująca melodia, jeden motyw wałkowany w nieskończoność i jedynie odrobina gitarowego szaleństwa w środkowej części… Nie mogę się pozbyć wrażenia, że dwa lata temu 5-minutowe utwory miały więcej treści. Jednak mimo wszystko na tle reszty wypada to nieźle i z pewnością tę kompozycję należy zapisać po stronie plusów.

Właściwie powinienem dać tu dwie gwiazdki nie trzy, ale dwie dostała poprzednia płyta, a ta przecież jest nieco lepsza, bardziej klimatyczna i dopracowana, chociaż nie oferuje porywających, niezapomnianych kompozycji. Jest wystarczająco solidna, by podciągnąć ocenę w górę, trochę na kredyt i za dobre chęci. Bruce Soord był tak wspaniały dwa lata temu, że nie miał szans tego przebić, ale w 2020 roku dostanie kolejną szansę.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: