LUNATIC SOUL Under The Fragmented Sky

Lunatic Soul Under The Fragmented Sky recenzjaLUNATIC SOUL
Under The Fragmented Sky
2018

Jakoś tak mam, że rzadko piszę o muzyce rodem z Polski. Nie do końca mnie przekonuje to, co słyszę w wykonaniu rodzimych kapel. Jest oczywiście wiele wyjątków, bo mamy czym się pochwalić, zwłaszcza w świecie art rocka (i głównie tu), ale uznaję, że zawodowi recenzenci zrobią to lepiej, zanalizują dokładniej, wgryzą się głębiej, chociażby w teksty, które dla mnie są mniej istotne. Czasem jednak nie wypada milczeć, bo można przegapić coś naprawdę istotnego. Tak właśnie pomyślałem po wysłuchaniu Under The Fragmented Sky, szóstego albumu grupy Lunatic Soul. Niezorientowanym przypomnę, że to poboczny projekt Mariusza Dudy, lidera i wokalisty Riverside, najlepszego obecnie polskiego zespołu rocka progresywnego. O ile jednak ich twórczość bardzo cenię, a każdy album to swego rodzaju majstersztyk rzadko spotykany w kraju nad Wisłą, o tyle Lunatic Soul od samego początku raczej nie wzbudzał u mnie specjalnych emocji. Owszem, to wprawdzie ładne, całkiem solidne i przemyślane granie, ale takie jakieś rozmyte, mało konkretne, nieangażujące, dobre jako sącząca się podczas spotkania muzyka tła. Tak było do 2014 roku, gdy znakomity album Walking On A Flashlight Beam pokazał, że grupa Lunatic Soul zyskuje własną tożsamość, wyznacza nowe trendy i trudno już ją nazywać tylko pobocznym projektem i skromniejszą wersją Riverside. Zbyt dużo tam było wspaniałej i pomysłowej muzyki, wymagającej skupienia, lecz wreszcie bardziej przyswajalnej, oferującej nieznane wcześniej wrażenia. Pojawiły się dobre melodie (Gutter), przebojowość (Treehouse), wciągające ballady (Sky Drawn In Crayon) i rockowa suita najwyższych lotów (Pygmalion’s Ladder). Mariusz Duda to niepokorna dusza, muzyk wszechstronny i nieustannie poszukujący, którego twórczość znacznie wykracza poza ramy nawet tak szerokiego gatunku jak rock progresywny oferując intrygujący kolaż rocka, elektroniki, ambientu, a nawet folku. Ubiegłoroczna, też całkiem niezła płyta Fractured nie miała już tej samej siły rażenia, ale powstawała w cieniu osobistej tragedii autora – pełna transowej melancholii była swoistym katharsis po stracie przyjaciela (gitarzysta Riverside Piotr Grudziński zmarł w lutym 2016) i ojca (zmarł kilka miesięcy później). I tak oto dochodzimy wreszcie do albumu Under The Fragmented Sky wydanego zaledwie pół roku później.

Zdumiała mnie tak szybka publikacja nowego materiału, i to po raz pierwszy nie w październiku, tylko latem, zaledwie 7 miesięcy po Fractured. W maju, gdy za oknem ciepłe słońce, dostaliśmy płytę z muzyką jesienną – ot taka ciekawostka. Początkowo miała to być EP-ka bazująca na pomysłach z sesji do ostatniej płyty, drobny suplement do tejże, ale w miarę trwania nagrań projekt rozrósł się do pełnowymiarowego, choć krótkiego (36 minut) albumu zgrabnie dopełniającego tamto wydawnictwo. To cudowna niespodzianka doskonale podsumowująca 10 lat działalności Lunatic Soul. Płyta bardzo intymna, oszczędnie zaaranżowana i głównie instrumentalna (tylko dwie piosenki, reszta nagrań zawiera jedynie wokalizy), pełna subtelnej elektroniki oraz dźwięków fortepianu i gitary akustycznej, na których gra oczywiście sam autor. Dzieło wyjątkowo spójne, pod względem nastroju absolutne mistrzostwo i bez wątpienia najlepsze dokonanie zespołu. Nie ma tu jednego zbędnego dźwięku, a wśród kompozycji są prawdziwe perełki. Na przykład Trials, minimalistyczne cudeńko z wciągającym trójgłosem Dudy na tle syntezatorowych plam, której nieoczekiwanie rozbudowany finał tworzy z utworu wręcz arcydzieło. Albo Under The Fragmented Sky, jedna z dwóch zawartych tu piosenek, przepiękna, chwytająca za serce ballada, w połowie której przesterowana partia syntezatora przyprawia o ciarki, a motyw z końcówki utworu odwołuje się do udanie otwierającego zestaw, hipnotyzującego He Av En, z marszu wprowadzającego w klimat całości płyty. Urzeka nawet akustyczna miniaturka Sorrow, w której przepełnione bólem zawodzenie Dudy pozwala namacalnie poczuć tytułowy smutek. A i tak najlepsze zostało na koniec. Nie dosłownie, bo album zamyka piosenka Untamed, dająca nadzieję, ale taka zwyczajna, pozbawiona patosu i magii reszty nagrań, najsłabsza w zestawie. Poprzedza ją za to 8-minutowy The Art Of Repairing, jedna z najwspanialszych kompozycji w repertuarze Lunatic Soul. Uzależniający elektroniczny beat, triphopowe naleciałości, klimat niczym z filmu science-fiction, całość uzupełniają gitarowe wstawki i mroczne wokalizy Dudy. To powinien być finał.

Czy potrzebne jest jakieś podsumowanie? Chyba nie. Mariusz Duda znów pokazał klasę, udowodnił swą wielkość jako nieprzeciętnego twórcy, który podnosi muzykę do rangi sztuki. Jakby od niechcenia nagrał album absolutnie wspaniały, idealny od pierwszej do (przed)ostatniej nuty. Moim zdaniem znacznie lepszy od tego, którego miał być uzupełnieniem. Deser okazał się smaczniejszy od obiadu. Kocham takie niespodzianki. Co na to Riverside?

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: