GHOST
Prequelle
2018
![]()
![]()
![]()
![]()
![]()
Ghost to szwedzki zespół heavymetalowy, który w tym roku obchodzi 10-lecie istnienia i uczcił je wydaniem swojego 4. albumu Prequelle. Warto chwilę poświęcić tej ekscentrycznej formacji, bo jej płyty są odnotowywane nawet na liście Billboard 200 w Stanach Zjednoczonych, a w Polsce wciąż chyba nie tak wiele osób słyszało tę nazwę (co mam nadzieję się szybko zmieni dzięki nowej płycie). To o tyle zrozumiałe, że muzycy utrzymują swoje personalia w tajemnicy – wszyscy instrumentaliści określani są mianem The Nameless Ghouls (Bezimienne Upiory), a wystylizowany na postać papieża rodem z horroru wokalista i zarazem apodyktyczny lider Duchów Tobias Forge używa stosownego pseudonimu Papa Emeritus. Dla potrzeb kolejnych tras koncertowych i sesji nagraniowych kończy „pontyfikat” i wymyśla nową postać – był więc Papa Emeritus I, Papa Emeritus II, Papa Emeritus III, a ostatnim wybrańcem jest Cardinal Copia. Trochę to zawiłe, ale obok kontrowersyjnych, bluźnierczych tekstów właśnie ta tajemnicza happeningowo-teatralna otoczka i demoniczny wizerunek sceniczny ugruntowały popularność grupy. Tożsamość Forge’a wypłynęła rok temu podczas procesu sądowego wytoczonego mu przez byłych członków formacji o podział tantiemów. Tobias utrzymuje, że Ghost to jego i tylko jego projekt, a do nagrań i występów zatrudnia dowolnych muzyków płacąc im za udział w sesjach i koncertach, więc nic więcej im się nie należy. Tyle o dziwactwach, teraz pora przejść do samej muzyki.
Szczerze przyznam, że zawsze coś mi nie pasowało w twórczości Szwedów. Muzyka była za lekka. Niby rockowa, metalowa, ale taka w wersji soft, co miało się nijak do image’u pana Forge raczej w stylu Marilyna Mansona niż Jona Bon Jovi. Melodie były dobre, klimacik też, czerpanie garściami z klasyki nie tylko rocka, ale też popu lat 60. i 70. (wszak w repertuarze są covery m.in. Beatlesów, Abby czy Eurythmics), ale czadu za mało. Trzeba to zaakceptować, bo Prequelle ma go jeszcze mniej porzucając metal na rzecz przebojowego pop rocka i gitary na rzecz klawiszy. To nie najmocniejsza, ale z pewnością najbardziej przebojowa płyta Ghost, stylistycznie bliska glam metalowi lat 80. Zapowiadający ją utwór Rats zwalił mnie z nóg. To najlepszy stricte rockowy singel tej grupy z kapitalnym refrenem, ale to akurat norma w przypadku Tobiasa i spółki. Apetyt wzrósł. Rats po krótkim intro otwiera album, a po nim następuje jeszcze cięższy Faith oparty na potężnym riffie, z kilkoma przednimi solówkami gitarowymi i chóralno-organowym finałem. Miodzio. I to tyle jeśli chodzi o metalowe czy hardrockowe granie w stylu znanym z Meliory sprzed trzech lat. To jednak wcale nie znaczy, że dalej jest słabo. Jest inaczej. Tylko dwa bezpłciowe utwory See The Light i Life Eternal kompletnie mnie nie ruszają, zaś taneczny Dance Macabre budzi mieszane odczucia. Jest piekielnie przebojowy i słusznie wybrano go na drugi singel, tylko że to taka popowa przebojowość w stylu np. Pet Shop Boys, wręcz ocierająca się o kicz (czy tę granicę przekracza, to już kwestia sporna). Żeby było śmieszniej, na końcu albumu umieszczono dwa covery – Avalanche Leonarda Cohena oraz wielkiego hitu Pet Shop Boys właśnie. It’s A Sin zagrany dokładnie jak oryginał niezbyt tu pasuje, można było jak wcześniej zostawić wszelkie przeróbki na strony B singli lub minialbumy, ale nie ma co rozpaczać, bo reszta nagrań z Prequelle trzyma poziom. Witch Image ze świetną partią na syntezatorze oraz ballada Pro Memoria to po prostu ładne, dobre piosenki, które od razu zostają w głowie, nawet jeśli nie mają metalowego posmaku. Dla fanów rocka pozostają dwa instrumentalne nagrania – Miasma czyli małe arcydzieło prog rocka z licznymi popisami instrumentalistów i nieoczekiwaną solówką na saksofonie, oraz bardziej kameralne Helvetesfönster, urzekające nie tylko wstępem na flecie i piękną melodią, ale folkowymi partiami gitary akustycznej w wykonaniu Mikaela Åkerfeldta z Opeth.
Ghost wyruszył w trasę promującą album. Gra już w Europie, w Oslo zagra przed Guns N’ Roses, a jesienią spróbuje podbić USA. Przy tak nośnych piosenkach ma spore szanse na sukces. Od strony artystycznej Prequelle to moim zdaniem najciekawsza płyta grupy, bardzo zróżnicowana pod względem tempa i nastroju, może aż za bardzo, ale akurat Tobias Forge potrafił z tych chaotycznie dobranych składników z lat 70. i 80. wyczarować całkiem smaczne danie. A Szczury już od dwóch tygodni biegają po mojej głowie i nie potrafię się od nich uwolnić.
