GRETA VAN FLEET From The Fires

Greta Van Fleet From The Fires recenzjaGRETA VAN FLEET
From The Fires
2017

Zespołów grających (czy raczej próbujących grać) jak Led Zeppelin było wiele, że wspomnę choćby Kingdom Come, których po debiucie w 1988 roku odsądzano od czci i wiary, że tak nachalnie kopiują mistrzów. Wtedy to było niewłaściwe, ale czasy się zmieniły, moda retro wróciła i dzisiaj przypominanie klasycznego hard rocka jest jak najbardziej na miejscu. Grupy żywcem wyjęte z lat 70. są na fali, i to do tego stopnia, że chwali się je za brak oryginalności i powtarzanie tego, co już ktoś wcześniej wymyślił. Tak jest z formacją Greta Van Fleet, która szturmem zdobyła serca Amerykanów (wyprzedane koncerty, a singel Highway Tune dotarł do szczytu wielu amerykańskich, rockowych list radiowych), mimo iż nawet nie ma jeszcze na koncie pełnometrażowego albumu. Ponieważ jednak wydana jesienią EP-ka From The Fires zawiera 8 utworów i ponad 30 minut muzyki, czyli więcej niż niektóre regularne krążki lat 60., można ją potraktować jako płytowy debiut. Trochę naciągany, bo zawiera 4 nowe nagrania i 4 opublikowane pół roku wcześniej na minialbumie Black Smoke Rising, ale niech tam…

Przepis był prosty – wystarczy połączyć „trzy kiszki” i reinkarnacja Led Zeppelin gotowa! Żarty na bok, ale zespół Greta Van Fleet tworzą trzej bracia Kiszka: Josh śpiewa, Jake obsługuje gitary, Sam gra na basie, a bębniarzem jest ich najlepszy przyjaciel Danny Wagner. Wszyscy w wieku 18-21 lat. O co więc tyle szumu, skoro chłopaki nie grają niczego nowego? Skąd durne hasła marketingowe o zmienianiu oblicza rocka? To już kwestia uczciwości wytwórni, bo akurat Greta Van Fleet żadnych zmian nie zwiastuje, a obiecywany „powiew świeżości” to pusty slogan. Działa co innego – wieczna i wszechobecna nostalgia za Led Zeppelin, do której kapitalne piosenki grupy świetnie nawiązują, a Josh śpiewa dokładnie jak młody Robert Plant. Do tego stopnia, że ktoś gdzieś w audycji sprzedał Highway Tune jako zaginione nagranie Zeppelinów, słuchacze się nabrali i dalej samo poszło. A jest czego słuchać, bo na EP-ce From The Fires wprawdzie nie ma Schodów do nieba ani rozciągniętych rockowych kolosów, jest za to kilka dobrze zagranych, energetycznych kompozycji łączących rock and roll z bluesowymi i grunge’owymi smaczkami, a wrzask i „oh mama” w otwierającym zestaw Safari Song wywoła przyjemne łechtanie u fanów Planta i spółki. Są dwa nieźle wykonane covery (A Change Is Gonna Come Sama Cooke’a z lat 60., i Meet On The Ledge Fairport Convention), a z autorskich piosenek poza wyjątkowo nośnym Highway Tune szczególnie polecam Edge Of Darkness.

Oczywiście na te wszystkie górnolotne porównania stanowczo za wcześnie – sama maniera wokalna Josha, identyczna jak u jego idola, nie czyni z niego Roberta Planta, a Jake to nie Jimmy Page, nawet jeśli wywija na gitarze całkiem sprawnie. Jednak faktem pozostaje, że chłopaki dostarczyli przyzwoity materiał, uchwycili klimat hard rocka lat 70. zdobywając nawet pewną popularność (na bazie jednej piosenki – takie czasy!), i to na razie wystarczy. Na swoją prawdziwą wielkość muszą jeszcze zapracować własną inwencją i niebanalnymi kompozycjami. Liczę, że szybko odnajdą własną tożsamość, dlatego z niecierpliwością czekam na pierwszy oficjalny album grupy. I zmianę image’u, bo młodzi wyglądają jak boysband, są stanowczo zbyt grzeczni jak na gwiazdę rocka.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: