LIVING COLOUR Shade

Living Colour Shade recenzjaLIVING COLOUR
Shade
2017

Założony w latach 80-tych przez afroamerykańskich muzyków Living Colour to jeden z tych zespołów, których twórczość trudno jednoznacznie sklasyfikować. Może więc najlepiej tego nie robić? Ich mieszankę heavy metalu, rocka, free jazzu, funka, hip-hopu i innych stylów, określa się nieraz jako crossover. Gdy w 1990 roku otrzymali nagrodę Grammy w kategorii najlepszy utwór hardrockowy za Cult Of Personality, a potem tytuł najlepszego nowego artysty, byli ustawieni na lata. Ale jak to w życiu bywa – nie zawsze jest tak różowo. Po trzecim albumie panowie się rozeszli, powrócili dekadę później płytą Collideøscope, i każdą kolejną proponują co 8 lat. To szmat czasu, nawet w muzyce rockowej. Jeśli więc mało kto pamięta tę grupę, jest okazja nadrobić zaległości za sprawą wydanego niedawno krążka Shade.

Co więc się zmieniło przez te 8 lat? Nic. Tylko energii jakby więcej. Może to jest metoda – przetrzymać słuchaczy tak długo, a potem przywalić z grubej rury? Tak czy owak udało się wyśmienicie. Są tu wszystkie elementy stanowiące o wyjątkowości projektu nowojorczyków z naciskiem na mocny, charakterystyczny wokal Coreya Glovera oraz i szaleńcze gitarowe solówki Vernona Reida – miłośnicy Hendrixa, Cream i podobnych klimatów poczują się jak u siebie w domu. No i same melodie – niełatwe, pokręcone, nienadające się na radiowe charty, ale jakże wciągające i na swój sposób przebojowe, pulsujące funkowym rytmem, miażdżące ciężkimi riffami. Każda jedna ma coś w sobie, od soczystego, jakże typowego Freedom Of Expression (F.O.X.) na starcie, po zamykającą zestaw balladę Two Sides – to chyba najnormalniejsza piosenka na płycie. Najlepsze utwory? Ciężko wybrać. Na pewno zwracają uwagę trzy covery – Inner City Blues Marvina Gaye’a może nie powala, ale Preachin’ Blues Roberta Johnsona swoim ciężarem już zdecydowanie tak. Kapitanie wypada Who Shot Ya? rapera Notorious B.I.G.’a, który w oryginale był przegadany, a tu sekcja pracuje jak należy, a gitary i zaskakujący zwrot w finale wynoszą nagranie do rangi sztuki. Ufff, może niepotrzebnie powiało patosem… Z autorskich kompozycji szczególnie polecam funkowy Blak Out (dlaczego tylko dwie i pół minuty?!), pełen mocarnych riffów i zrapowany w finale Program oraz bluesujący Invisible z rozdzierającym krzykiem Glovera. Cudeńko.

Urozmaicony stylistycznie Shade to jedna z milszych rockowych niespodzianek 2017 roku. Living Colour nagrali jeden ze swoich najlepszych krążków, o co pozornie nietrudno, bo było ich raptem 5, ale na pewno nie brzmieli tak dobrze od lat 90-tych. Może tylko debiutancki Vivid i jego następca Time’s Up mogą konkurować z nowym albumem. Ale to było niemal 30 lat temu. Szmat czasu. Ja stawiam na współczesność i wybieram Shade.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: