EUROPE Walk The Earth

Europe Walk The Earth recenzjaEUROPE
Walk The Earth
2017

Nachwaliłem się metamorfozy Europe przy okazji recenzji poprzednich dwóch albumów, więc żeby się nie powtarzać napiszę tylko dla niezorientowanych (są jeszcze tacy?), że to już całkiem inny zespół niż ten pamiętany z superhitu lat 80-tych The Final Countdown. Cukierkowy glam metal, nie bez kozery zwany też pogardliwie pudel rockiem, zamienili w szlachetną odmianę klasycznego hard rocka, w którym pobrzmiewają echa największych tuzów gatunku, z Deep Purple i Rainbow na czele. Płyty Bag Of BonesWar Of Kings to prawdziwe perły ciężkiego grania w stylu retro, w czym od dawna specjalizują się zespoły skandynawskie. Na ich tle powstały w 1979 roku Europe wypada niczym profesor, a jedenasty album Walk The Earth tylko ugruntuje jego mocną pozycję. Niemniej daleko mu do poprzednika.

Spacerując przez Ziemię widzianą oczami Szwedów (czytaj: słuchając ich nowych utworów) mam pewien problem z jednoznaczną oceną tego wydawnictwa. Niby wszystko na miejscu – ciężkie riffy i porywające solówki, gęste hardrockowe aranżacje, wszystko brzmi jak należy (producentem znów jest Dave Cobb, ten od Rival Sons, a płytę nagrano w słynnych Abbey Road Studios w Londynie), jest nawet okładka nawiązująca do dzieł Hipgnosis tworzonych dla Pink Floyd. A jednak czegoś brak. Dobrych melodii. Wyrazistych kompozycji. Utworów ponadprzeciętnych, zapamiętywalnych, wyrastających ponad resztę, jak chociażby Angels (With Broken Hearts) sprzed dwóch lat. Tym razem jest zaledwie poprawnie, choć to i tak solidna porcja opartego na bluesie hard rocka zagrana na poziomie dla wielu nieosiągalnym. Ale człowiek chciałby więcej. Bo wiem, że stać ich na więcej, pokazali to.

Płyta zaczyna się od utworu tytułowego znanego z wrześniowego singla. Optymistyczny przekaz o potędze człowieka kroczącego z uniesioną głową – „jak mistrzowie” w walce o ważne dla niego wartości, podany w formie majestatycznej, „purpurowej” melodii, łatwo wpadającej w ucho, z chóralnym refrenem, niczym stadionowe hymny. Materiał w sam raz na przebój. Genialne solówki gitarowe oferuje zalatujący orientalizmami The Siege, też jedno z lepszych nagrań, ale potem jest już w kratkę. Są klimaty bliskie Sabbathom, np. w sunącym niczym walec Haze czy w nieco nudnawym Wolves; są utwory szybkie jak Gto, gdzie dobrą melodię zastępuje galopada sekcji. Jest jeszcze zgrabna i trochę nijaka ballada Pictures, która daje moment wytchnienia, ale słyszeliśmy setki podobnych piosenek. I wreszcie finałowa kompozycja Turn To Dust, jedyna trwająca ponad 6 minut, która bardzo efektownie zamyka album. Trochę jakby z innej bajki piosenka z konsekwentnie budowaną dramaturgią, utrzymana w średnim tempie (klimaty a la Procol Harum), która urywa się nagle niczym pamiętne I Want You Beatlesów z… Abbey Road.

I co tu dodać? Gdyby reszta nagrań była jak początek i zakończenie, mielibyśmy kolejne rockowe dzieło. A tak mamy po prostu niezły album pełen soczystego hard rocka. Tylko tyle lub aż tyle – zależy, jak kto do tego podejdzie. Mnie się podobało, lecz za dwa, trzy lata czekam na coś lepszego.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: