TORI AMOS Native Invader

Tori Amos Native Invader recenzjaTORI AMOS
Native Invader
2017

Trochę ponarzekałem przy okazji opisywania poprzednich płyt Tori Amos – że nudzą monotonią, że jej piosenki są jednakowe i kompletnie zagubiły rockową estetykę, do czego na pewno przyczyniły się eksperymenty z klasyką pod szyldem Deutsche Grammophon. Spieszę więc donieść, że Amerykanka przemyślała sprawę, odczekała ponad 3 lata (pozwoliła za sobą zatęsknić) i po zmianie wytwórni (na Decca Records) powraca w formie, w jakiej dawno jej nie słyszałem. A w październiku mija dokładnie 25 lat od debiutu piosenkarki (album Little Earthquakes), która ma na koncie kilkanaście milionów sprzedanych płyt i 8 nominacji do Grammy. Jak na tak trudną muzykę, jaką wykonuje (niby pop, ale bardzo „ambitny”), to całkiem dobre liczby. Przyznam, że mam szczególny sentyment do tej pani, bo urodziła się 22 sierpnia – dokładnie jak ja, chociaż rok wcześniej. Tym bardziej mnie cieszy, że powróciła do formy, bo nie stosuję wobec niej żadnej taryfy ulgowej.

Piętnasty album córki pastora metodystów z Maryland porusza niewygodne tematy dla współczesnego świata. „Na tej płycie przyglądam się naturze i stawiam pytania dotyczące naszego udziału w niszczeniu naszej ziemi, jak również samych siebie i naszych relacji. Kiedy zaczynałam, nie zakładałam, że ten album będzie aż tak pełen bólu”, mówi Tori dodając, że Native Invader nagrała po to, by burze i konflikty przetrwać w spokoju. Artystka podejmuje tematy ostatnich przemian w amerykańskiej polityce, a kim jest tytułowy „wewnętrzny najeźdźca” chyba nie trzeba tłumaczyć. Teksty zawsze były dla niej istotne, jednak ja zawsze stawiam na muzykę. To melodie decydują, czy da radę przebrnąć przez warstwę literacką. O jakości płyty przesądza różnorodność stylistyczna, odrobina szaleństwa, polotu, czegoś, co porwie słuchacza, trudno bowiem odnaleźć piękno i artyzm w totalnej monotonii, jaką w nadmiarze serwowała Tori Amos w ostatniej dekadzie. Dlatego ziewałem przy Gold Dust czy Unrepentant Geraldines, natomiast z niekłamaną przyjemnością odkrywałem kolejne karty albumu Native Invader. To jeszcze nie poziom jej najlepszych krążków, lecz na pewno krok we właściwa stronę.

Pozornie niewiele się zmieniło – są tu kameralne piosenki, w których dominuje pianino i ciepły głos wokalistki (Breakaway, Climb, Mary’s Eyes i bonusy z wersji Deluxe: Upside Down 2Russia, oba znakomite), jest smutek i nostalgia idealnie wpasowujące się w jesienny klimat za oknem. Ale nie tylko – jest też coś więcej. Świetne melodie, jakich od dawna brakowało w repertuarze Amerykanki. To klucz do sukcesu. Może nie komercyjnego, bo prawdziwych hitów z radiowym potencjałem tu nie ma, a singlowy Up The Creek był chyba jedynym sensownym wyborem (ewentualnie Chocolate Song z wpadającym w ucho refrenem i niestety nudnymi zwrotkami), ale to właśnie bogato zaaranżowane piosenki, umiejętnie podszyte elektroniką, z uwypukloną sekcją rytmiczną (co z tego, że czasem słychać automat perkusyjny?) sprawiają, że jubileusz wypadł całkiem okazale, a Native Invader jawi się jako najbardziej melodyjny i zarazem zróżnicowany album od kilkunastu lat. Chwilami przypomina dokonania Kate Bush z lat 80-tych, która na The Dreaming czy Hounds Of Love też sporo eksperymentowała ubogacając swoje piosenki. Podobny klimat, podobne zamierzenia, chociaż Tori Amos od początku była bardziej skomplikowaną artystką. Może nie słychać tego w prostych melodycznie balladach jak Bats czy Benjamin, ale baśniowy Wildwood urzeka, a mroczne, triphopowe Broken ArrowCloud Riders to prawdziwe perełki.

Największą zaletą Native Invader jest spójność materiału. Piosenki klimatycznie tworzą jedną całość, pasują do siebie, żadna dramatycznie nie odstaje od reszty, nawet bonusy są znakomite. Słucha się tego świetnie od początku do końca (mimo że to ponad godzina muzyki), bez oznak znużenia, jakie towarzyszyły męczącym krążkom z Deutsche Grammophon. Tori znów potrafi intrygować (pomijam teksty, bo ten poważny przekaz nie do końca pasuje do delikatnej muzyki) i zaostrzyła apetyt na kolejne albumy. Obyśmy teraz nie musieli czekać trzy lata.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: