ISLEY BROTHERS & SANTANA Power Of Peace

Santana Isley Brothers Power Of Peace recenzjaISLEY BROTHERS & SANTANA
Power Of Peace
2017

Carlos Santana już nic nie musi udowadniać, bo robił to wielokrotnie, przeżył nawet drugą młodość i swój największy sukces multiplatynowym albumem Supernatural, i teraz może bawić się muzyką. Idzie mu to wyjątkowo dobrze, bo rok temu wydał swój najlepszy od lat (jeśli nie w ogóle) krążek Santana IV, a wcześniej kapitalny Shape Shifter. Wprawdzie te udane wydawnictwa przeplata zaledwie przeciętnymi (najpierw był nijaki zestaw rockowych coverów Guitar Heaven, potem nierówny Corazón), ale co z tego? Wolno mu. Zgodnie z tą sinusoidalną zasadą teraz przyszła kolej na album nie najwyższych lotów. Taki luzacki, na którym bardziej od hitów liczy się dobra zabawa twórców podczas nagrywania. Na płycie Power Of Peace Carlos zaproponował coś nowego – rodzinne muzykowanie z legendą lat 50/60 Isley Brothers (z tą legendą może przesadzam, bo poza nieśmiertelnym Shout wielkich hitów panowie nie wylansowali). Rodzinne, bowiem oprócz dwóch braci Isley – Ronalda (wokale) i Erniego (gitara rytmiczna), Carlosa wspomaga na perkusji jego żona (od 2010 roku) Cindy Blackman, która nawet śpiewa piosenkę I Remember własnego autorstwa.

Na współpracę z Isley Brothers zanosiło się już wcześniej, bo przecież na Santana IV mieliśmy piosenki Love Makes The World Go RoundFreedom In Your Mind z gościnnym udziałem Ronalda, choć akurat to zdecydowanie nie był najbardziej przekonujący moment albumu. Nie bez powodów płytę Power Of Peace na równi firmują Isley Brothers i Santana – bo sam Carlos tu wcale nie dominuje. Owszem, jego gitarę słychać w każdym nagraniu, ale to bardziej płyta Isley Brothers z coverami funkowych, soulowych i bluesowych klasyków niż kolejny dzieło mistrza gitary. Mniejsza o etykietki, chodzi mi o to, by się nie nastawiać na kolejny album Santany, a jeśli już, to bardziej podobny do wspomnianego Guitar Heaven, gdzie rządzi wokal i odświeżanie starych kotletów. Reszta to rzecz gustu – tak jak tam nie przekonywały mnie bezbarwne wersje Smoke On The Water czy Whole Lotta Love, tak tutaj nie wzbudza zachwytu, gdy kilku starszych panów odgrywa piosenki Dionne Warwick, Billie Holiday, Marvina Gaye’a, Curtisa Mayfielda czy innych podobnych wiekowo twórców, chociaż to może bardziej im przystoi i pasuje do wieku. Stare kawałki dla starych ludzi? Niekoniecznie, ale coś w tym jest. Płyty da się wysłuchać, bo covery są wykonane przez oldboyów całkiem poprawnie, może chwilami nawet lepiej niż zatęchłe oryginały, ale co z tego? Nie ma w tym duszy. Nie ma pomysłu. Nie ma świeżego spojrzenia. Nie ma czegoś, co pozwoli z radością odpalić tę muzykę ponownie. Jest to tak nijakie jak oprawa graficzna, ale kiczowaty gołąbek pokoju na okładce nie dziwi, skoro głównym tematem płyty jest łaska boska.

Jeśli mam szukać plusów, to zdecydowanie polecam początek. Dynamiczne Are You Ready pachnie starym Santaną i stanowi dobre wprowadzenie (tylko potem rozwinięcia zabraknie…). Mocarna, hardrockowa wręcz wersja Higher Ground Steviego Wondera poza ciężarem zaskakuje rapową wstawką w końcówce. Dla odmiany 7-minutowa wersja Gypsy Woman Curtisa Mayfielda przyjemnie buja, a God Bless The Child Billie Holiday w każdej wersji wypada świetnie, także w tej przesłodzonej tutaj. Reszta do zapomnienia. I tak na koniec zasadnicze pytanie brzmi – dla kogo powstał ten album? Dla fanów Santany raczej nie, bo jest pozbawiony tego, za co faceta lubimy. Dla fanów Isley Brothers? A są tacy w ogóle? Jeśli są i jeszcze żyją, to owszem powinni być zadowoleni. Reszta nawet nie odnotuje, że płyta się ukazała. I dobrze.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: