OVERKILL Grinding Wheel

Overkill Grinding Wheel recenzjaOVERKILL
Grinding Wheel
2017

Wiele klasycznych zespołów thrashmetalowych z czasem łagodzi brzmienie, odchodzi od thrashowych korzeni w kierunku bardziej komercyjnego metalu czy hard rocka, który gwarantuje większą popularność. Tak zrobili Metallica, Megadeth czy Anthrax, że wymienię tych najbardziej znanych wykonawców. Jednak nie dotyczy to grupy Overkill. Amerykanie od ponad trzech dekad łoją równo i mocno, nie idą na żadne kompromisy i ani przez moment nie zmienili swego stylu. Szanuję ich za konsekwencję (surowe brzmienie gitar, zadziorny wokal Bobby’ego „Blitza” Ellswortha, równo pracująca sekcja), chociaż nigdy nie byłem fanem tego typu grania, gdzie bardziej niż melodia liczy się szybkość. Grinding Wheel, osiemnasty studyjny album formacji wielkich zmian nie przynosi, tym samym gruntuje jej pozycję na thrashmetalowym rynku. Starych fanów zachwyci, nowych nie pozyska, a na listach sprzedaży przepadnie z kretesem.

Do spisania wrażeń przekonał mnie fakt, że mimo pewnej monotonii utworów oraz ich przewidywalności (ale to już permanentna cecha tego gatunku) Grinding Wheel całkiem nieźle się słucha. To po części zasługa świetnej produkcji, także niespożytej energii bijącej z nagrań i agresywnych riffów gitarowych oraz samych kompozycji, całkiem udanych, które wcale nie męczą niewtajemniczonego słuchacza. Wściekła młócka jest obecna, lecz klasycznych punkowo-thrasowych petard niezbyt tu wiele, zaś nie bez znaczenia pozostają pewne niespodzianki, jak choćby powermetalowe wstawki i dialogi w drugiej części Red White And Blue, zaskakujące przełamanie, zwolnienie tempa i natchniony śpiew w środku Shine On (bez obaw – po chwili wszystko wraca na swoje miejsce) czy przebojowa, sabbathowa rytmika Come Heavy. Oczywiście to utwory, które akurat mnie najbardziej podchodzą, a które zapewne ortodoksyjnych fanów nieco zbrzydzą. Jednak właśnie te drobne elementy dowodzą, że mimo trwania na straży gatunku Overkill nie pozostaje głuchy na zmiany zachodzące na rynku i próbuje urozmaicić swą muzykę. Za to duży plus.

Przeszkadza mi długość płyty (ponad godzina) i poszczególnych utworów (nierzadko po 6-7 minut), to zdecydowanie za dużo przy tego typu graniu. Powinno być krótko i wyraziście, jest rozwlekle i chwilami bezbarwnie. Paradoksalnie wielkość płyty tworzą dwie najdłuższe kompozycje, spinające klamrą wydawnictwo. Otwieracz Mean, Green, Killing Machine to genialna reklama całości. Utrzymany w średnim tempie, z dobrą melodią, kapitalnym wokalem, chóralnymi zaśpiewami i rozpędzoną solówką gitarową w finale daje pełen obraz możliwości zespołu. Jeśli kogoś znużył, może śmiało odpuścić resztę. Z kolei tytułowa kompozycja to już produkt zupełnie innej natury, gdzie każdą z 8 minut właściwie wykorzystano, chociaż trudno tu mówić o thrash metalu. The Grinding Wheel to wielowątkowa, epicka wręcz suita rockowa, której każda część stanowi odrębną melodię, a wszystko razem znakomicie współgra. Najpierw 4 minuty wolne, sunące niczym walec, potem minuta ostrego łojenia, dalej basowa wstawka i patetyczny finał z chórem i orkiestrą. Bardzo mocne zwieńczenie całkiem udanego w sumie albumu. Taki thrash, z elementami heavy metalu, w pełni akceptuję. Nie ma tu zdrady gatunku ani komercjalizacji brzmienia, jest za to odrobina melodii, a przede wszystkim wyobraźni i odważne wyjście poza ramy sztywnego gatunku. Pozycja równie udana, co ostatnia Sepultura.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: