ALL THEM WITCHES Sleeping Through The War

All Them Witches Sleeping Through The War recenzjaALL THEM WITCHES
Sleeping Through The War
2017
altaltaltaltalt
Zespołów grających szeroko pojęty blues rock podlany psychodelią w klimatach sprzed kilku dekad jest całkiem sporo i niełatwo się na tym polu czymś wyróżnić. Pojawiła się wręcz moda na takie powroty do przeszłości i All Them Witches nie są tu żadnym wyjątkiem. W ciągu 5 lat istnienia dorobili się już 4 studyjnych albumów, 2 koncertowych oraz 3 EP-ek. Całkiem nieźle. Amerykanie z Nashville rozwijali się z płyty na płytę i w 2015 roku na krążku Dying Surfer Meets His Maker brzmieli już jak zespół, który doskonale wie, czego chce oferując ciężki, silnie zakorzeniony w przeszłości, lecz jednak nowoczesny blues. Dużo było tam psychodelicznych odlotów, snujących się powoli, rozciągniętych do 7-8 minut kompozycji. Czy muzycy utrzymali ten sam klimat na nowym albumie? I tak, i nie. Pilotujący go singel obiecywał coś zgoła odmiennego. Dynamiczny, zadziorny, pełen punkowej prostoty Bruce Lee opatrzony dodatkowo pokręconym, kukiełkowym teledyskiem to utwór skrojony pod stacje radiowe, przebojowy i od razu wpadający w ucho. Odwrotnie niż zaprezentowany nieco później 3-5-7, senny, leniwy i troszkę nudnawy, choć na pewno bliższy klasycznym korzeniom grupy. I tak właśnie jest na płycie Sleeping Through The War – niby styl grupy zachowano, ale zarazem postawiono na prostotę rezygnując z wielowątkowości poprzednika. Wciąż jest nieźle, ale album jako całość nie umywa się do Dying Surfer Meets His Maker.

Przyznam, że chociaż powyższymi słowami wydałem jednoznaczny werdykt, nie jest mi łatwo go uzasadnić. Gorsze, mniej przyjazne i mało wyraziste melodie, jak choćby w dynamicznym, postpunkowym kawałku Don’t Bring Me Coffee? Na pewno brzmienie płyty nie jest tak ciężkie i agresywne jak wcześniejszych krążków – to efekt współpracy z Dave’em Cobbem, znanym producentem muzyki country, ale także albumów grupy Rival Sons. Dla mnie to ciut za lekko, brakuje agresji, przesterowanych riffów i doomowego klimatu nagrań, aczkolwiek niektóre kawałki nadal są przesycone mroczną, duszną atmosferą. Taki jest Am I Going Up?, ale przez 5 minut wałkuje jeden motyw. Podobną wadę ma Cowboy Kirk, tyle że trwa 7 minut. Lepiej wypada psychodeliczny Alabaster z melodeklamacją wokalisty – tutaj już dzieje się sporo, zwłaszcza w tle, i to jeden z lepszych momentów płyty. Mój absolutny faworyt to jednak zamykający zestaw Internet – 10-minutowe, leniwe bluesidło w klimacie Dzikiego Zachodu, z wściekłą harmonijką, stopniowo rozwijające się w miarę trwania. To jest All Them Witches, jakie uwielbiam, trochę nawiązujące do płyty z 2015 roku. Szkoda, że tylko jeden taki numer. Mam jednak dobrą wiadomość – wersja deluxe albumu zawiera kolejny 10-minutowy, tym razem bardziej odlotowy i dynamiczny utwór Punk Jam (transowy, bardziej w kosmicznych klimatach Hawkwind) oraz kilka świetnie (czytaj: surowo, rockowo) brzmiących wersji demo kompozycji z podstawowej wersji. I z tymi bonusami gotów jestem dodać jedną gwiazdkę do mojej oceny. Może trochę na wyrost, bo w sumie rozczarowałem się tą płytą, ale muszę jej oddać, że z każdym kolejnym przesłuchaniem coraz lepiej wchodzi. Warto dać jej szansę.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: