AMAROK Hunt

Amarok Hunt recenzja WojtasAMAROK
Hunt
2017
altaltaltaltalt
Jakie skojarzenia budzi hasło Amarok? Pick-up Volkswagena; mityczny wilk samotnik bez watahy; program komputerowy do odtwarzania muzyki dla środowiska KDE; hiszpański zespół rocka progresywnego (!) i wreszcie album Mike’a Oldfielda z 1990 roku. To ostatnie najbardziej pasuje, bo Amarok to także nazwa nieco zapomnianej już polskiej grupy artrockowej pod wodzą Michała Wojtasa, czerpiącej inspirację m.in. z dokonań brytyjskiego multiinstrumentalisty, która po 13 latach przerwy wydała nową płytę. Słowo „grupa” nie do końca jest trafne, to raczej one man band, o czym później. Spektakularne powroty zawsze cieszą, zwłaszcza na rodzimym rynku. Mniejsza o powody tak długiego milczenia lidera projektu. Ważniejsze jest, że krążek Hunt to zdecydowanie najlepsze, najdojrzalsze wydawnictwo zespołu. Poprzednie trzy albumy nie mają tu startu. Nawet Metanoia, która urzekała w 2004 roku, na tle nowej muzyki wydaje się taka… zwyczajna. Niezła, ale nic więcej. Oczywiście Hunt kontynuuje drogę muzyczną naznaczoną przez poprzedników. To refleksyjna odmiana rocka progresywnego zalatująca ambientem czy trip hopem, która może wydawać się nieco nudna dla niewtajemniczonych, ale wielbiciele klimatów Tangerine Dream, Oldfielda, wczesnego Pink Floyd czy Massive Attack odnajdą się tu znakomicie. To 9 urokliwych, spokojnych kompozycji o charakterze typowo ilustracyjnym, z wiodącą rolą elektroniki i gitary solowej, trzymających wysoki poziom wykonawczy i tworzących spójną melodycznie całość. Reszty dopełnia świetna produkcja (ciepłe, miękkie brzmienie) i aranżacyjne bogactwo nagrań. W zasadzie nie ma na co narzekać.

Michał Wojtas to prawdziwy człowiek orkiestra – sam gra na większości instrumentów, do tego jeszcze śpiewa. W dwóch piosenkach wokalnie wspomagają go zaproszeni goście, i to nie byle jacy: Colin Bass z zespołu Camel i Mariusz Duda, lider Riverside. Nic w tym dziwnego, bo muzyka na Hunt bardzo przypomina wczesne dokonania warszawskiej formacji. To właśnie śpiewany przez Dudę utwór Idyll pilotuje płytę na singlu i porywa słuchacza od pierwszych dźwięków. Podobnie jest z Nuke śpiewanym przez Bassa, który najpierw snuje się dość leniwie i powoli się rozkręca, by w finale nabrać mocy i powalić imponującą solówką gitarową Wojtasa. To ważne momenty albumu, lecz właściwie każde z nagrań ma coś w sobie i czymś zaskakuje – Disorted Soul imponującą partią na thereminie, orientalne Two Sides na ormiańskim duduku (w wykonaniu Sebastiana Wielądka), zaś otwierający zestaw, dotykający tematu anonimowości w sieci Anonymous użyciem blisko stuletniego harmonium indyjskiego. Nie ma potrzeby wymieniać wszystkich tytułów, może wspomnę jeszcze instrumentalną perełkę Unreal, gdzie podszyte elektroniką klawiszowe plamy uzupełnia obłędne gitarowe solo w stylu starego, dobrego Davida Gilmoura (gdy ten jeszcze tworzył wielkie rzeczy i nie zajmował się odcinaniem kuponów). To powinien być utwór Pink Floyd. Zresztą duch Gilmoura unosi się nad całym albumem.

O dziwo najmniej przekonuje mnie kompozycja tytułowa, z założenia magnum opus krążka. Monumentalna, epicka suita wieńcząca Hunt jest ładna i na swój sposób hipnotyzuje słuchacza, ale jeden motyw ciągnięty przez 18 minut trochę mnie znużył. I to mimo przeróżnych dodatków (głos narratora Johna Englanda, eksperymenty z parafonią, theremin, didgeridoo, odgłosy wilków). Btw – nagranie powstałe podczas jam session pierwotnie trwało aż półtorej godziny. Bardziej pasowałoby do wczesnej twórczości Tangerine Dream, niemniej efektownie zamyka tę płytę. Może z czasem je bardziej docenię, bo na pewno jeszcze wielokrotnie wrócę do tego materiału.

„Jestem bardzo zadowolony z tego, że po tak długiej przerwie udało mi się nagrać dość osobisty i jak sądzę wielowymiarowy album. Muzyka Amarok to przede wszystkim przestrzeń, nie brakuje w niej też głębi i tajemniczości. Swoim nastrojem oddala się od mrocznych brzmień. Jest jak jasna strona progresu”. Nic dodać, nic ująć. Słowa twórcy nagrań to dobre podsumowanie tego albumu. Pięknego, pełnego klimatycznych, przestrzennych kompozycji wywołujących emocje i skłaniających do refleksji. Michał Wojtas, który na nowo narodził się w tym projekcie, w jednym z wywiadów obiecywał kolejną trylogię. Liczę więc, że dotrzyma słowa, pójdzie za ciosem i nie każe długo czekać na kolejny krążek Amarok.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: