HAWKWIND Into The Woods

Hawkwind Into The Woods recenzjaHAWKWIND
Into The Woods
2017

Istnieją ważne, zasłużone w historii rocka grupy, które gdzieś tam sobie działają, od lat grają swoje, a mało kto się tym interesuje. Nie brylują na listach przebojów, nie walczą o uwagę mediów, ale swoją muzyką cieszą to niewielkie grono ludzi, którzy je znają i potrafią docenić. Jedną z takich formacji jest Hawkwind, brytyjski zespół uznawany za prekursorów tzw. space rocka, który powstał w 1969 roku i od pięciu dekad regularnie wydaje nowe płyty (ostatnią zaledwie rok temu). Lista byłych członków zespołu obejmuje ponad 30 nazwisk (!), nieśmiertelny jest tylko kapitan Dave Brock (śpiew, instrumenty klawiszowe, gitara, harmonijka ustna), który od początku dowodzi tym statkiem. I jak na 75-latka robi to wciąż całkiem sprawnie, a muzycznie nie schodzi poniżej pewnego, całkiem przyzwoitego poziomu.

Przy takim graniu hasła „lepsze-gorsze” nie mają większego sensu. Ameryki nie odkryję pisząc, że Hawkwind gra dla fanów, że nie wnosi już niczego do nowego do swojej twórczości, ale w tym przypadku to tylko zaleta. Po co zmieniać coś, co dobrze funkcjonuje. Klimatyczne granie w stylu wczesnych lat 70-tych ciągle ma wielu zwolenników. Rok temu panowie zaoferowali poważny w treści concept album, tym razem jest znacznie lżej, a najlepiej świadczy o tym wydany na singlu kawałek Have You Seen Them, tutaj rozciągnięty do 7 minut. Tak przebojowego Hawkwind dawno nie słyszałem. Ma to się trochę nijak do reszty krążka, ale czemu nie? Płyta hipnotyzuje od samego początku – tytułowe Into The Woods po niepozornym fortepianowym intro rozwija się w prawdziwy rockowy, hardrockowy wręcz numer z mocnym riffem i niezłymi solówkami gitarowymi. Coś kapitalnego. Potem już jest spokojniej – Cottage In The Woods czy Ascent to spokojne granie w starym stylu, a Space Ship Blues, wbrew tytułowi, to nie żaden blues tylko szybki numer z wstawkami na banjo. Moc powraca w pierwszej części Vegan Lunch i przede wszystkim w Magic Scenes – to już klasyczny „kosmiczny” Hawkwind, jaki znamy ze starych płyt. Jeszcze lepiej jest w wieńczącym całość 9-minutowym Magic Mushroom (znów ta „magia”) – to już transowe, spacerockowe granie pełną gębą, niczym nieskrępowana psychodeliczna improwizacja (jak po zażyciu tytułowych grzybków), bez zbędnych słów, za to w dobrym tempie i z wieloma zmiennymi wątkami. Utwór, który na koncertach może przybierać dowolną formę i długość. jak dla mnie najlepsze nagranie Hawkwind od wielu, wielu lat. Jeśli panowie są w takiej formie, może na jubileusz 50-lecia istnienia zafundują nam więcej takiej muzycznej nirwany?

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: