ROYAL BLOOD How Did We Get So Dark?

Royal Blood How Did We Get So Dark? recenzjaROYAL BLOOD
How Did We Get So Dark?
2017

Debiut Royal Blood w 2014 roku temu narobił sporo zamieszania na brytyjskiej scenie rockowej. Brytyjski duet (tak!, jest ich tylko dwóch – Mike Kerr i Ben Thatcher, bas i bębny) był wychwalany pod niebiosa, bo oto wreszcie po tej stronie Oceanu pojawiła się młoda grupa grająca energetyczny, garażowy rock czerpiąc garściami z najlepszych klasycznych wzorców. Panaceum na angielskie kompleksy? Następcy Led Zeppelin (wszak sam Jimmy Page zachwycał się ich brzmieniem)? Za wcześnie na takie stwierdzenia. O sile formacji muszą przekonać kolejne udane wydawnictwa, a na drugi album How Did We Get So Dark? panowie kazali nam czekać aż trzy lata. To bardzo długo. Niepokojąco długo. Jednak już pierwsze dźwięki tytułowego utworu rozwiewają wszelkie obawy – jest dobrze. A będzie jeszcze lepiej.

Otrzymaliśmy naturalną kontynuację, a wręcz prawdziwą kopię jedynki. Też zaledwie nieco ponad 30 minut surowej muzyki (aczkolwiek brzmienie jest gęstsze, więcej się dzieje w tle). Też tylko 10 utworów. Też wszystkie dają potężnego energetycznego kopa. I też ich siłą jest spójność materiału. Żadnych dłużyzn, żadnych słabszych momentów (nooo, może trochę w środku), jest równo i na poziomie, choć najlepsze zostawiono na koniec. Niestety znowu jest za krótko. Jedna piosenka przekracza 4 minuty, a wszystkie – choć bardzo treściwe, kończą się wtedy, gdy chcielibyśmy więcej. Cóż, taka uroda Królewskiej Krwi z Worthing w południowej Anglii. Może to też celowa strategia, by słuchacz nie zdążył się znudzić podobnymi do siebie nagraniami? Celowa czy nie – działa.

Mam wielki kłopot z wyróżnieniem poszczególnych utworów. Które polecić? Wszystkie. Które najbardziej? Diabli wiedzą. Każdy ma to coś, pewien magnetyzm, seksapil, intensywność, power. Ciężki utwór tytułowy z konkretnym riffem i zaraźliwym refrenem, singlowy hicior (czy raczej rockowa petarda) I Only Lie When I Love You, wyjątkowo intensywny i mocarny Hook, Line & Sinker, wreszcie dwa końcowe numery – Hole In Your Heart z klawiszowym (!) motywem i jazzgotliwym refrenem oraz najciekawszy, najdłuższy (ponad 4 minuty – wow!) Sleep, świetna kwintesencja brzmienia Royal Blood i perfekcyjne zamknięcie płyty.

Na koniec łyżka dziegciu. Za co pamiętamy Led Zeppelin, Deep Purple i kilka innych podobnych formacji? Za klasyczne kawałki, za ponadczasowe utwory, rewolucyjne i wyjątkowe. Za perły rocka w rodzaju Whole Lotta Love czy Child In Time. I tego brakuje panom z Royal Blood. Nagrali dwie identyczne płyty, fajne, kipiące energią, dobrze się tego słucha, człowiek chce jeszcze, ale… spróbujcie wymienić najlepsze utwory z tych albumów. Te, które Was powaliły, które zapamiętacie na długo. (…) No właśnie – nie ma takich. I przy tych wszystkich zachwytach nad brzmieniem czy żywiołowością materiału musimy pamiętać, że to już było. Było (i nadal jest) wiele podobnych grup odświeżających formułę opartego na bluesie hard rocka. I nic po nich nie zostanie, jeśli nie stworzą nagrań na miarę wielkości gatunku, który prezentują. Inaczej przeminą bez echa i będziemy ich wspominać tylko przez chwilę przy okazji wydania kolejnej płyty. Jeśli Royal Blood naprawdę chcą być wielcy i na dłużej zaznaczyć swą obecność wśród gigantów rocka, powinni intensywnie przemyśleć kierunek swej twórczości. Muszą stworzyć coś więcej niż 20 krótkich, takich samych piosenek. Czy stać ich na to? Niebawem się przekonamy.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: