BUSH Black And White Rainbows

Bush Black And White Rainbows recenzjaBUSH
Black And White Rainbows
2017

Pisząc trzy lata temu o płycie Man On The Run wspomniałem, że nigdy nie byłem wielkim fanem brytyjskiej grupy Bush. To taka uboższa wersja Nirvany, lecz ponieważ dobre kapele kontynuujące stylistykę zespołu Kurta Cobaina można policzyć na palcach, powstanie Bush w latach 90-tych, a jeszcze bardziej reaktywacja kapeli kilka lat temu nabrała nowego znaczenia. Pytanie brzmi, czy dzisiejszy świat potrzebuje klonu Nirvany? Chyba nie bardzo. Moda się zmieniła, a i londyńczycy z czasem mocno spuścili z tonu. Poprzedni krążek był przyzwoity, ale kto wymieni jakieś pamiętne hity z tamtego wydawnictwa? Jakieś hity Bush w ogóle? Ano właśnie. Niestety Black And White Rainbows, najnowszy krążek grupy Gavina Rossdale’a nie poprawi tej sytuacji. Przeciwnie, raczej ją pogorszy, bo jest nudny jak flaki z olejem, a z mocnym rockiem i werwą Nirvany nie ma wiele wspólnego. Poniekąd winny temu jest głośny rozwód wokalisty z Gwen Stefani po 20 wspólnych latach („ciężko odciąć się od najpoważniejszej rzeczy, która zdarzyła się w twoim życiu, jeśli jesteś artystą”), ale dla słuchaczy tak naprawdę to żadne usprawiedliwienie. Tym bardziej, że to sam Rossdale nawarzył piwa…

Ta płyta jasno pokazuje, dlaczego Bush nigdy nie osiągnął poziomu swych mentorów ani wielkiej popularności u słuchaczy. Kompozycje Gavina są miałkie. O ile pojedynczo niektóre są w stanie się jeszcze wybronić, o tyle w większej dawce po prostu męczą. A na Black And White Rainbows jest ich aż 15. Wygładzone brzmienie (to już nie grunge), popowe melodie (to niby rock, ale taki z rejonów 3 Doors Down), komercyjne refreny, wszystko skrojone pod masowe gusty. Trochę dla nikogo. Zaczyna się nieźle – Mad Love przyjemnie kołysze (mnie niezbyt rusza, ale do radia jak znalazł), a Peace-S ma nawet pozory dynamizmu. Hitem mógłby zostać Toma Mi Corazon z hiszpańskim refrenem, gdyby ktoś chciał jeszcze postawić na Bush. Na szczęście na płycie nie dominują ckliwe ballady o utraconej miłości (choć też ich sporo i zostawię je bez komentarza), jest też wiele bardziej współczesnych tematów, ale i tak jednostajna melodyka nagrań powoduje, że trudno dobrnąć do końca. Zresztą nie ma po co, bo nic ciekawego się tam nie dzieje. Może warto jeszcze wymienić utwór Dystopia, jeden z niewielu „mocniejszych”, chociaż w porównaniu z pierwszymi płytami w tym przypadku to określenie brzmi jak żart. Od biedy też Nurse ale to bardzo na siłę.

Jest prosta metoda, by lepiej odbierać muzykę grupy Bush – nie mieć żadnych oczekiwań i broń Boże nie wracać do wczesnych płyt. Wtedy łatwiej zaakceptować tę komercyjną metamorfozę, jaką funduje Gavin Rossdale, autor wszystkich kompozycji. Może nastepnym razem się bardziej postara? Śmiem wątpić.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: