ZAKK WYLDE Book Of Shadows II

Zakk Wylde Book Of Shadows II recenzjaZAKK WYLDE
Book Of Shadows II
2016

Kto to jest Zakk Wylde? Wieloletni gitarzysta grupy Ozzy’ego Osbourne’a i lider własnej formacji Black Label Society, z którą kiedyś grał ostro i energetycznie, a ostatnio nieco przynudzał (opisując krążek Catacombs Of The Black Vatican z 2014 narzekałem na łzawe ballady i niedostatek rockowego ognia). W zeszłym roku, w przerwie między serwowanymi co 4 lata wydawnictwami zespołu, muzyk postanowił wydać płytę solową. Drugą po wydanej 20 lat wcześniej Book Of Shadows, na której zaskoczył słuchaczy swoim balladowym obliczem. Konsekwentnie zatytułował ją Book Of Shadows II sugerując kontynuację tamtych klimatów i odpoczynek od rockowego łojenia. Rzeczywiście album przynosi sporo muzyki, o jaką nie podejrzewalibyśmy tego potężnego, muskularnego brodacza o metalowym rodowodzie. Zero czadu – z założenia ani jednego ciężkiego kawałka, zaś miejsce mięsistych riffów i mocarnych brzmień wypełnia delikatny country rock rodem z południa USA. Cóż… muzyka rockowa ma różne oblicza: fani hard rocka nie mają tu czego szukać, za to miłośnicy spokojnych melodii jak najbardziej tak.

Miałem spory dylemat słuchając Book Of Shadows II. Album kapitalnie zareklamował singlowy numer Sleeping Dogs, w którym gościnnie śpiewa Corey Taylor, na co dzień wokalista death- i numetalowego Slipknot, a także lider interesującej formacji Stone Sour, której dwupłytową opowieść House Of Gold & Bones mocno wychwalałem. Jednak nie o Taylora tu chodzi – to po prostu świetna radiowa piosenka, niezwykle klimatyczna, z wyważoną melodią, udanym gitarowym motywem, zapamiętywalnym refrenem i ognistą solówką, jak przystało na rockowego wirtuoza. Niestety więcej takich wyrazistych utworów tu nie ma. Są kompozycje ładne, miłe dla ucha, lecz z czasem wleką się niemiłosiernie i ponad godzina jednakowych numerów musi słuchacza zirytować, choćby były wyjątkowo urokliwe. Trudno wytrwać do końca albumu. Żeby nie usnąć, trzeba się skupić na detalach i wyławiać ciekawe momenty (jak genialne, pełne emocji gitarowe solo w Darkest Hour czy… nie wiem, co jeszcze… chyba nic), ale takie wyszukiwanie na siłę plusów jest zwyczajnie męczące. Co z tego, że ładnie, skoro jednakowo? Co z tego, że klimatycznie, skoro nudnawo? Nostalgiczny nastrój i refleksyjne teksty, do tego ciepły wokal i nieabsorbujące uwagi melodie w klasycznie zbudowanych, schematycznych kompozycjach – muzyka idealna jako podkład do wizyty gości. I głównie do tego. Płyta do zaliczenia i zapomnienia.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: