GORILLAZ Humanz

Gorillaz Humanz recenzjaGORILLAZ
Humanz
2017

Gorillaz to z pewnością ewenement w świecie muzyki. Stworzony przez Damona Albarna i Jamie Hewletta w 1998 roku wirtualny zespół, którego członkowie nawet na koncertach nie pokazują się osobiście, balansuje między rapem, rockiem i muzyką taneczną. Jak zwał tak zwał, o sukcesie decydują przeboje, a tych Anglicy produkują jak na lekarstwo. Ten najsłynniejszy, Clint Eastwood, zaprezentowali na początku stulecia. Podobnie jak płyty, które wydają niezwykle rzadko – od ostatniej minęło aż 7 lat. Paradoksalnie można powiedzieć, że na rynku istnieją wirtualnie. Teraz powrócili z ostrym manifestem politycznym uderzającym w Donalda Trumpa, nieco jednak rozczarowującym od strony muzycznej. Panowie obiecywali dobry materiał na imprezę i tego poniekąd dotrzymali, ale trudno znaleźć tu piosenkę, którą będziemy pamiętać i nucić za rok czy dwa. A co to za impreza bez fajnych hitów?

W każdym z nagrań występuje któryś z licznie zaproszonych gości, lecz chociaż nie brak tu znanych nazwisk, żaden nie zdominował kompozycji na tyle, by nadać jej odpowiednią wyrazistość. Twierdzę, że to nie wina gości, tylko słabości materiału wyjściowego. Poza tym tych gości jest zbyt dużo (nawet Jean-Michel Jarre się załapał), muzyka traci spójność, są to po prostu niezależne piosenki utopione w synthpopowym sosie. Takie pitu pitu bez ładu i składu. Puśćcie sobie ten album, a po tym wspomniany wcześniej kawałek Clint Eastwood, i wtedy wszystko będzie jasne. Generalnie wieje nudą, lecz to nie oznacza, że jest jakaś tragedia i nie ma tu ani jednego utworu godnego uwagi. Po prostu jest ich niewiele na tle przeciętności i wyjałowienia z pomysłów, a te niegdyś były domeną zespołu. Dobrze wypada krótki opener (nie licząc kilkusekundowych wstawek, jakich tu pełno) Ascension, w którym dynamicznie rapuje Vince Staples – jego tu dużo, Albarna mało, niemniej utwór się wybroni. Ten sam zarzut do funkującego Strobelite – gdzie Albarn? Porażką jest Momentz, w którym czadu daje De La Soul na tle koszmarnego podkładu Jarre’a. Na plus na pewno Charger z demoniczną Grace Jones, bardzo klimatyczny i transowy kawałek, oraz na upartego przebojowy Submission, gdzie fajnie śpiewa Kelela i równie fajnie rapuje Danny Brown. Reszta to mało strawna papka, którą bez wielkiej straty można sobie odpuścić. Podobnie zresztą jak cały album.

Gorillaz powrócili, ale nie do końca przekonali. Mieli 7 lat na napisanie lepszych piosenek. Jak zapewniał Damon Albarn, ma niemal gotowe ponad 40 utworów, które wymagają jeszcze pewnego dopracowania, i od tego nadmiaru może głowa rozboleć. Ma aż tyle, a na Humanz wybrał te kilkanaście? To nie ma tam w zanadrzu niczego ciekawszego? Może następnym razem mniej gości, a więcej melodii i inwencji? Całe szczęście, zawsze można odpalić Clinta…

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: