BLACK MOUNTAIN IV

Black Mountain IV recenzjaBLACK MOUNTAIN
IV
2016
altaltaltaltalt
Pierwsze skojarzenie tytułu płyty jest oczywiste – Led Zeppelin i jego słynna Czwórka z klasykiem nad klasykami Schody do nieba. Żeby było śmieszniej, to tamten album wcale nie nosił takiego tytułu. Nie nosił żadnego, ale ponieważ był czwarty w dyskografii i miał na okładce cztery symbole, został nazwany numerem IV. W przypadku psychodelicznej formacji Black Mountain nowa płyta też jest czwarta, a została wydana po 6-letniej przerwie. Był już najwyższy czas… To bardzo nietuzinkowy zespół, czerpiący garściami z rocka lat 70-tych, lecz ubierający go w zdecydowanie współczesne fatałaszki. Trudno zdefiniować ich muzykę, padają hasła psychodelia, space rock, stoner rock, rock alternatywny – już sama ich mnogość dowodzi, że to zbyt różnorodne granie, by je jednoznacznie określić i zaszufladkować. Kanadyjczycy czarują klimatem i strukturami melodycznymi z czasów flower power, a gdy trzeba potrafią nieźle przyłożyć.

Przyznam, że po psychodelicznych początkach zmartwił mnie piosenkowo-rockowy kierunek obrany na płycie Wilderness Heart z 2010 roku. Może muzykom też, bo milczeli wyjątkowo długo? Tak czy inaczej przerwa wyszła im na zdrowie. Przemyśleli pewne sprawy i zaproponowali bardzo dojrzały, różnorodny materiał, a do łask powróciły rozbudowane, 9-minutowe kompozycje – to z pewnością krok we właściwą stronę. Krótkie piosenki nadal są obecne, i wcale nie jakieś znowu wybitne, ale mimo wszystko po bezbarwności poprzednika niewiele zostało. Spacerockowy i postpunkowy, podlany syntezatorowym sosem Florian Saucer Attack podrywa na równe nogi, mocarny riff w Constellations przywodzi na myśl dokonania gigantów hard rocka i czaruje wokalnym dialogiem Stephena McBeana i obdarzonej anielskim głosem Amber Webber, zaś melodyjny Cemetery Breeding przy odrobinie dobrej woli ze strony stacji radiowych miałby szansę zostać przebojem. Prawdziwą wielkość albumu tworzą jednak dwa długaśne utwory spinające go klamrą, naładowane psychodelią i utrzymane we floydowskiej atmosferze. Mothers Of The Sun promował krążek i już choćby dlatego to prawdziwy ewenement, bo rzadko zdarzają się single trwające ponad 8 minut. Oparty na potężnym riffie i wokalnym dialogu Stephena i Amber (znowu!) robi na starcie piorunujące wrażenie. Równie efektownie zamyka płytę klimatyczny, kosmiczno-psychodeliczny Space To Bakersfield z cudowną partią gitarową w końcówce. Niby tylko dwa nagrania, ale za to jakie! Aż szkoda opuszczać ten album…

Czy IV to najlepsze dzieło zespołu z Vancouver? Trudno jednoznacznie powiedzieć. Chyba jednak tak. Myślałem, że In The Future z 2008 roku nie da się przebić, ale to się udało. Dużo tu smaczków, cieszących ucho drobiazgów, budujących nastrój syntezatorowych partii i ogólnie dobrych melodii, mało zaś utworów nietrafionych czy nieprzekonujących (jak choćby smętne akustyki, które mnie nudzą, lecz przecież komuś innemu też mogą się spodobać). Zaskakuje i cieszy różnorodność nagrań, choć nad wszystkimi unosi się klimat mrocznej psychodelii, którą uwielbiam. Świetnie obrazuje to 9-minutowe cudeńko (Over And Over) The Chain, hipnotyzujące od elektronicznego wstępu po gitarowe wariacje w finale, mające w sobie coś z Hawkwind. Tak, Kanadyjczycy garściami czerpią z klasyki, lecz odciskają na starej muzyce własne piętno tworząc całkiem nową jakość. Dlatego są wielcy i jedyni w swoim rodzaju.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: