ASSASSIN’S CREED

Assassin's Creed recenzja Kurzel FassbenderASSASSIN’S CREED
Assassin’s Creed
2016, USA
przygodowy
reż. Justin Kurzel

Zawsze przy okazji kolejnej ekranizacji znanej gry komputerowej wywiązuje się dyskusja między rozczarowanymi a wniebowziętymi graczami. Każdy okopuje się na swojej pozycji i ma setki argumentów, lecz w sumie to tylko puste przepychanki, bo przecież nie da się zadowolić wszystkich. Ja podsumuję to tak: dobry film to taki, który wciąga ludzi nieznających gry, jest dla nich czytelny i w pełni zrozumiały. Inaczej to zabawa dla wybrańców. Grę trudno przenieść na ekran, bo reżyser zamyka akcję w sztywnych ramach scenariusza, natomiast gracz sam decyduje o losach bohaterów, używa wyobraźni i kreuje wydarzenia wedle własnego gustu. Stąd potem jego rozczarowanie, że ktoś miał inną wizję.

Australijski reżyser Justin Kurzel w swoim filmie nawiązał do słynnej gry firmy Ubisoft z 2007 roku. Nawiązał to właściwe słowo bowiem inspirując się grą i zachowując jej charakterystyczne elementy twórcy napisali zupełnie nową opowieść, w której skazany za zabójstwo na karę śmierci potomek tajnego stowarzyszenia asasynów Callum Lynch (Michael Fassbender) trafia pod skrzydła współczesnej organizacji Zakonu Templariuszy, gdzie w Animusie – maszynie służącej do odczytywania pamięci genetycznej przodków, wciela się w żyjącego w XV-wiecznej Hiszpanii Aguilara. Jego zadaniem jest odkrycie, gdzie przodek ukrył Jabłko Edenu, potężny artefakt pozwalający kontrolować ludzkie emocje. Ławo się domyślić, że templariusze chcą je wykorzystać dla własnych celów, a nie jak zapewniają – likwidacji genu agresji u człowieka. Trochę to zawiłe i pokręcone, ale taki właśnie nieco absurdalny pomysł na film mieli trzej scenarzyści Assassin’s Creed. W odróżnieniu od gry, której istotą była walka asasynów z templariuszami, a wizyta w czasach obecnych jedynie krótkim przerywnikiem, przesunęli główny akcent do współczesności wikłając bohatera w nadęte dialogi o wolnej woli, grzechu czy ruchach wolnościowych, w efekcie zamiast dobrej, prostej rozrywki oferując niezrozumiały i mało sensowny przekaz. Zamotana intryga i przytłaczająca nadmiarem wątków fabuła może przekonają zapalonych graczy, reszta ma prawo czuć się zagubiona pośród panującego na ekranie bałaganu i wylewającego się zewsząd patosu. Choć Michael Fassbender aktorsko dwoi się i troi, nie naprawi chaotycznego scenariusza i źle napisanej postaci. Gra świetnie, lecz jego motywacje i duchowa przemiana nie wypadają wiarygodnie. Reszta obsady z Jeremym Ironsem i bezbarwną Marion Cotillard po prostu jest, zaś kompletnie zbyteczny wątek romantyczny i naiwna, pędząca na złamanie karku końcówka do reszty rozbijają klimat filmu.

Tym, co w Assassin’s Creed musi się podobać, są oczywiście efekty specjalne, głównie te w scenach z Hiszpanii czasów inkwizycji (chociaż pomysł na Animusa też niczego sobie). Niewiele jej tu, ale gdy już oglądamy migawki ze wspomnień bohatera, imponuje choreografia pojedynków, dynamiczne sceny pościgów po dachach połączone z umiejętnym wykorzystaniem slow motion, rozmach niektórych scen i ogólna dbałość o detale (kostiumy, charakteryzacja), dzięki czemu na moment zapominamy o bzdurnych dialogach i fabularnym miszmaszu. To właśnie zasługująca na pochwałę strona wizualna ratuje film przed klapą. Jeśli w kolejnych odsłonach twórcy postawią na prostotę przekazu, możemy dostać naprawdę interesujący obraz.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: