SPORTING-REAL 1-2 Nudne spotkanie i wymęczona wygrana w Lizbonie

Sporting Real 1-2 Liga Mistrzów 2016/2017Euforia po wygranym meczu derbowym na niezdobytym od trzech lat terenie wlała sporo optymizmu w serca madridistas. Po raz pierwszy w tym sezonie Real prezentował się jak drużyna i walczył przez pełne 90 minut. Po raz pierwszy z żelazną konsekwencją realizował zadania taktyczne, a trener wreszcie odpuścił nieefektywny system 4-3-3. Z konieczności, bo Benzema nie w pełni sił, ale jednak. To niby niewiele, a dało tak znakomity efekt. Trzeba mimo wszystko pamiętać, że to dopiero początek drogi, że jedna jaskółka wiosny nie czyni i przed madrytczykami jeszcze kilka równie trudnych spotkań. Pierwsze odbyło się już dzisiaj na stadionie José Alvalade w Lizbonie, gdzie Królewscy musieli szukać kompletu punktów, by zachować szanse na wygranie grupy w Lidze Mistrzów. Teoretycznie to łatwy rywal, ale chyba wszyscy pamiętamy, jakie kłopoty sprawił Realowi we wrześniowym meczu na Bernabéu. Portugalczycy długo prowadzili, Ronaldo wyrównał dopiero minutę przed końcem, a decydujące trafienie Moraty padło w ostatnich sekundach doliczonego czasu gry. W Portugalii Zidane wystawił niemal ten sam skład, co w sobotę przeciwko Atlético (jedynie w obronie Ramos zmienił Nacho), ale gra była zupełnie inna. Wolna, bez polotu, bez pressingu, bez wysiłku. Nudna jak flaki z olejem. Innymi słowy – wszystko wróciło do normy.

Pierwsza połowa do zapomnienia. Gospodarze grali szybciej i dokładniej, ale pełni respektu dla rywala nie potrafili zagrozić bramce Królewskich, poza błędem Ramosa (jakżeby inaczej), który powinni byli zamienić na bramkę, z kolei Real nie oferował nic poza klepaniem na własnej połowie. Madrytczycy ruszali się jak muchy w smole i zupełnie zapomnieli, co to jest przyspieszenie czy gra z pierwszej piłki. Na boisku nie działo się nic ciekawego z wyjątkiem 29 minuty, gdy w zamieszaniu podbramkowym gola strzelił Varane. Idealne zobrazowanie powiedzenia, że Real osiąga wiele robiąc niewiele. Jeden strzał i jeden gol – świetna skuteczność, plan wykonany. W Dortmundzie w meczu Borussii z Legią padło w tym czasie 7 bramek, w Lizbonie nie było nawet 7 strzałów. Nuuuuuda.

Po zmianie stron mecz się nieco ożywił gdyż do boju ruszył Sporting. Gospodarze wreszcie zrozumieli, że nie ma się kogo bać, że Real nie gra dziś wielkiego futbolu i można go ukąsić. Trzeba tylko próbować. Na bramkę Navasa sunął atak za atakiem, brakowało jednak wykończenia. Gdy w 64 minucie czerwoną kartkę dostał Pereira, wydawało się, że Real ruszy wreszcie do przodu i zamknie mecz kolejnymi golami. Nic z tego. Królewscy dalej grali na stojąco i grając w przewadze nawet nie potrafili oddać strzału na bramkę rywala. Sporting też niewiele robił lecz z pomocą przyszedł… Coentr?o. Obrońca głupio zagrał ręką w polu karnym i w 80 minucie gospodarze wyrównali. Z jedenastki trafił Silva i było to pierwsze (!) celne uderzenie na bramkę Navasa. Kompletnie zagubiony Real dalej nie prezentował jakości w ataku ale o sukcesach tego klubu decydują indywidualności. Dzisiaj był to Benzema. W 87 minucie Francuz trafił głową po dograniu Ramosa i zapewnił Blancos 3 punkty, na które swą grą wcale nie zasłużyli. Nikomu się nie chciało biegać i było to zupełne zaprzeczenie postawy zaprezentowanej w sobotę na Calderón. Jak pisałem – jedna jaskółka wiosny nie czyni, a Real wciąż ma dwa oblicza. Doktor Jekyll i pan Hyde. Cel został zrealizowany lecz w spotkaniu z Borussią potrzebna będzie zupełnie inna, mniej leniwa wersja drużyny.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: