Z I D A L O T T I

Zinedine Zidane Real Madryt trenerWyobraźmy sobie taką sytuację: jesteśmy mistrzami Europy i w elitarnych rozgrywkach podejmujemy na własnym stadionie outsidera rozgrywek. Jest okazja wysoko wygrać, poprawić bilans bramkowy, bo inna drużyna w naszej grupie ma znacznie lepszy, poza tym musimy publiczności pokazać walkę i pełne zaangażowanie, bo tego ostatnio brakowało i frajersko straciliśmy punkty lekceważąc rywali i przy okazji fanów na trybunach. Wiemy to wszystko, wiemy czego oczekuje publika, do czego zobowiązuje nas królewski herb na piersi, ale zamiast tego traktujemy mecz jak trening. Nie biegamy wiele, nie naciskamy na rywala, gramy niedbale, niedokładnie, psujemy najprostsze podania, nie organizujemy widowiskowych akcji, bo i po co? I tak w końcu bramki wpadną, nie trzeba się przemęczać za te grube miliony, które klub i tak nam płaci, niezależnie od wyników. A wiecznie zadowolony trener i tak nas pochwali i wystawi w kolejnym meczu, zaś dziennikarską krytykę skwituje stwierdzeniem, że każdy ma prawo do własnej opinii, a on widzi to inaczej. Powiecie, że to niemożliwe w profesjonalnym klubie sportowym? Możliwe. To nie utopia. To codzienność Realu Madryt, najsłynniejszego klubu świata, najbardziej utytułowanego w Europie, z najdroższą kadrą na świecie. Tych „naj” można jeszcze kilka wymienić… A może „największa patologia” pasuje jak ulał…
Piszę te słowa po wygranej 5-1 w meczu z warszawską Legią. Pozornie więc wszystko w porządku – jak można krytykować ekipę, która odprawiła rywala z manitą? W dodatku gdy trener – wielki i uwielbiany w Madrycie zawodnik, a teraz kochany przez piłkarzy szkoleniowiec, kilkakrotnie podkreślał swoje zadowolenie z przebiegu spotkania. Czy on tak na poważnie? Bo jeśli mówi serio, to problem w Realu jest znacznie większy, niż na to wygląda. Nie zlikwiduje go człowiek, który go nie zauważa. To samo mówiłem o Ancelottim, u którego boku uczył się fachu Zinédine Zidane, i teraz zaczyna powtarzać wszystkie jego błędy. Z jednym wyjątkiem – Włoch grał jednym składem, natomiast Zizou rotuje. Ale nie dajmy się nabrać – to tylko sztuka dla sztuki, to nie są mądre zmiany i przynoszą więcej szkody niż pożytku. Nie ma w nich żadnej logiki, jest tylko specyficznie pojmowana sprawiedliwość, by każdemu dać jakieś minuty, ale niekoniecznie temu, kto w danym momencie prezentuje się najlepiej. W efekcie nie grają młodzi, ambitni piłkarze w formie, tylko gwiazdorzy z wielkimi nazwiskami, którzy akurat ostatnio nie pokazują ani poziomu, ani co gorsza zaangażowania adekwatnego do ich pensji. Tak czy inaczej powtarza się sytuacja sprzed dwóch lat, gdy po wygranej Lidze Mistrzów trener zawalił wszystko, co mógł zawalić. Nie chodzi nawet o to, że nic nie wygrał – chodzi o to, że pod jego wodzą drużyna przestała walczyć i grać dobry futbol. Dokładnie to samo widać teraz. Zidane tak bardzo przypomina Ancelottiego, że nawet w tytule żartobliwie nazwałem go Zidalotti, lecz z pozycji fana wcale nie jest mi do śmiechu. Facet wystawia najmocniejszy skład na Legię, trzynastą drużynę naszej żałosnej Ekstraklasy (po jaką cholerę nie mam pojęcia, zamiast dać pograć rezerwowym – bo jak nie z Legią, to kiedy), a panowie robią sobie piknik zmiast zasuwać jak należy, choćby z szacunku dla kibiców. Podobny piknik oferowali już kilka razy w tym sezonie. Pomijając nawet brak zaangażowania po raz kolejny widzieliśmy, jak są słabi technicznie, i to boli jeszcze bardziej. Uważani za najlepszych graczy Realu piłkarze kompletnie nie potrafią grać w ataku pozycyjnym, wymienić kilku podań, stworzyć coś kreatywnego poza nudnymi wrzutkami w pole karne. Sławetne BBC jest tak niezgrane, jakby widzieli się po raz pierwszy. Nie ma tu żadnej chemii, a gra Realu wygląda najlepiej, gdy któregoś z tych panów nie ma na boisku. Ale gwiazdy muszą grać, i to jest tragedią tej drużyny. Czy naprawdę muszą? Czy Zidane nie może tupnąć nogą i zagonić ich do roboty albo odstawić od składu? Ano wygląda na to, że nie może, a raczej nie chce. „Zidalotti” twierdzi, że wszystko jest dobrze, a nawet podoba mu się taka gra Realu. Skąd my to znamy? Ancelotti też tak mówił, negował rzeczywistość, nie widział problemów, a latem wyleciał z klubu. Jeśli Francuz nic nie zrobi, czeka go ten sam los. Bo taka postawa zaowocuje niedługo kolejnymi stratami punktów i już nie będzie usprawiedliwienia. Przepraszam, będzie – Francuz je znajdzie i powie, że jest zadowolony.
Zinédine Zidane wciąż ma karty w swoich rękach. Na razie z nich nie korzysta. Rotuje niezbyt sensownie, nie ma pomysłu na grę drużyny, uparcie forsuje niepasujący do składu system 4-3-3 (tak może grać Barcelona, gdzie jest przesuwanie całych formacji i dużo ruchu bez piłki, a nie statyczny Real), jego ekipa nie wypracowała żadnego stylu (wrzutki to nie styl) i gra archaiczny, wolny futbol, leży pressing i gra kombinacyjna (licho mnie bierze, gdy niemal wszystkie inne ekipy budują bardziej przemyślane akcje niż Real), a zaangażowanie wielu piłkarzy jest na żenującym poziomie (zwłaszcza wypalone gwiazdy mobilizują się tylko na niektóre mecze). Jeszcze nic nie jest przegrane, ale to wszystko musi się zmienić, i to natychmiast. Zizou nie wygląda na faceta z jajami, podejmuje wiele złych decyzji, ale wciąż bronią go wyniki. Tak jak broniły Beníteza – do czasu. Jest (jest?) na tyle inteligentny, że powinien widzieć te wszystkie mankamenty. Wiedzieć, że wygrał los na loterii – będąc trenerem bez doświadczenia i odpowiednich kwalifikacji dostał najtrudniejszą posadę w najlepszym klubie świata. Jest na samym szczycie, stąd jest tylko droga w dół. Musi coś zmienić, jeśli nie chce zbyt szybko spaść. Przespał okienko transferowe bo nie chciał zmieniać zawodników, musi więc zmienić ich mentalność. Problem w tym, że to wypalona i leniwa ekipa (poza młodzikami, którym jednak nie daje grać), dlatego będzie o to cholernie trudno. Kibicowi pozostaje jedynie dalej wierzyć…
Ktoś życzliwy mi niedawno poradził, by się tak nie przejmować, nie krytykować, wkładać mniej energii w emocjonowanie się tym co jest (a zwłaszcza czego nie ma) w grze Realu, zachować odpowiedni dystans, bo od pisania i tak się nic nie poprawi, a szkoda nerwów. To prawda. Na razie trzeba się przyzwyczaić, że mimo świetnego na papierze składu, ładnej piłki i efektownych akcji będzie w Madrycie jak na lekarstwo. Dopóki Zidane nie znajdzie sposobu na grę tej drużyny, nie nada jej jakiegoś stylu (zostawienie pełnej swobody mało kreatywnym gwiazdorom to nie styl), dopóki ich nie zmotywuje do większego wysiłku w każdym spotkaniu (a nie raz na jakiś czas), albo dopóki nie nastąpi całkowita przebudowa składu – na to na razie się nie zanosi, bo są odnawiane kontrakty i wygląda na to, że emeryci będą tu grać jeszcze wiele lat blokując dostęp młodym. Spróbuję więc to zaakceptować i mniej się irytować pęczniejącą z roku na rok gablotą trofeów Barcelony (5 na 6 w ostatnich 2 latach, 23:9 od ery Guardioli), która już dawno wyprzedziła Real w tej klasyfikacji. Królewskim pozostaje duma z 11 Pucharów Europy, ale to niewystarczające pocieszenie, gdy na własnym podwórku rok w rok dostają lanie od największego rywala (6:1 od ery Guardioli w tytułach mistrzowskich). Los Blancos to mistrz Europy, który nawet w Hiszpanii nie dominuje. I mimo ciągłych deklaracji nie zapowiada się na zmianę, bo w La Liga liczy się regularność, a nie zrywy raz na jakiś czas. Barcelona ma konkretny styl, piłka krąży jak po sznurku, zawodnicy są w ciągłym ruchu i jakoś radzą sobie z grą co 3 dni na dużej intensywności, nie muszą wciąż się oszczędzać i odpoczywać. Ale miałem nie narzekać… mniej narzekać… Może więc Zidane oprzytomnieje, przejrzy na oczy i wreszcie zareguje jak mężczyzna. Za to trzymam kciuki, bo chociaż kibicuję Realowi nawet wtedy, gdy gra taki badziew jak w tym sezonie (z wyłączeniem dobrego meczu z Betisem), to jednak chciałbym co tydzień oglądać grę ze znakiem jakości. Chcę wreszcie zobaczyć Real Madryt, a nie grupę playboyów na wakacjach.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: