REAL-CELTA 2-1 Fatalna gra i wyszarpane zwycięstwo w Madrycie

Real Celta 2-1 liga hiszpańska 2016/2017   Masakra. To najlepsze słowo dla określenia tego, co oglądaliśmy w pierwszym domowym meczu sezonu na Estadio Santiago Bernabéu. Można mówić, że Celta to nie ogórki, że Galisyjczycy zagrali świetny mecz, można zaklinać rzeczywistość i dalej twierdzić, że Real ma kompletną kadrę, a dzisiaj brakowało szczęścia. Można, tylko po co? Szczęścia trochę brakowało, bo strzały Modricia, Bale’a i Moraty lądowały na poprzeczce czy słupku, więc spokojnie mogło być 5-1, ale tu chodzi o coś innego. O styl gry Realu. O jego brak. O brak pomysłu, chęci, zaangażowania, biegania, wychodzenia na pozycje. O brak formy niektórych graczy (Ramos, Bale i Marcelo – to, co wyczyniał Brazylijczyk, to wręcz sabotaż), o brak czucia piłki, o niedokładności, o brak wyuczonych schematów. Co ci panowie ćwiczą codziennie w Valdebebas, skoro nie potrafią skleić ani jednej składnej akcji? Owszem, ostatecznie wygrali, za to należy pochwalić, bo sztuką jest wygrać, gdy nie idzie, ale następnym razem może się nie udać przy tak mizernej grze. Tym bardziej, że madrytczycy wygrali nie po własnych akcjach lecz po błędach rywala, a zagrożenie tworzyli głównie po stałych fragmentach gry. Tak nie wolno grać u siebie.
Pierwsza połowa była tak zła, że nawet nie warto o niej pisać. Dwa strzały Modricia to wszystko, na co było stać Królewskich. Morata znów tragiczny, Asensio zagubiony, Bale niewidoczny, a tempo gry gorsze niż w polskiej Ekstraklasie. Chłopaki biegali, jakby na plecach dźwigali worek kartofli, a przecież niedawno zatrudniono Pintusa, mistrza od przygotowania fizycznego. Na razie efektów jego pracy nie widać, a tak apatycznie nie gra żadna z czołowych drużyn głównych lig europejskich. Po 45 minutach wstydu musiała nastąpić reprymenda, bo po zmianie stron tempo było szybsze, ale pomysłu i jakości nadal brakowało. Ta niezdarność kłuje w oczy, gdy się ją zestawi z kapitalną i poukładaną grą Barcelony, Bayernu Ancelottiego czy City Guardioli. Ja wiem, że to dopiero początek sezonu, ale inni jakoś potrafią, a Real niestety nie, chociaż przecież to Real nic nie zmienił w składzie. Dzisiaj miałem wrażenie, że na boisku jest przypadkowa zbieranina piłkarzy, którzy pierwszy raz grają ze sobą. A grali tak, jakby wiedzieli, że nie trzeba się wysilać bo bramka sama się strzeli. Poniekąd tak się stało, bo Celta co chwila robiła Madrytowi prezenty. Ten z 60 minuty Real wykorzystał, gdy po złym podaniu bramkarza uderzał Asensio, a piłkę dobił Morata. To ważny gol dla tego zawodnika, może pozwoli mu się przełamać, ale nie zmienia średniej oceny jego występu. Zwłaszcza, że chwilę później mógł zamknąć mecz, lecz będąc sam na sam z Sergio trafił tylko w słupek. Zaraz po tym wyrównał Orellana, a Casilla (też niepewny występ) mógł ten strzał obronić, gdyby stał w bramce, a nie kilka metrów przed nią. Trochę ożywienia wniosły zmiany – Lucas i James, lecz bohaterem wieczoru został Kroos, który w 81 minucie niezwykle precyzyjnym uderzeniem zapewnił madrytczykom 3 punkty. Wyrwane, wyszarpane, wymęczone w wielkich bólach po katastrofalnym występie z happy endem.
Miałem pisać mniej, ale emocje powodują, że człowiek nie może przestać. Nic bowiem nie tłumaczy tak złej gry Realu. Przyżyję niedokładności czy brak zgrania, nawet bezproduktywną nonszalancję Marcelo, ale szlag mnie trafia, jak widzę grę w poprzek i do tyłu, zwalnianie akcji, brak pressingu, gry bez piłki. To jest abecadło piłkarskie. Bez intensywności i zaangażowania całej ekipy, nie pojedynczych graczy, nie da się nic osiągnąć. Nie przystoi oddawanie środka pola rywalowi, paniczne bronienie się i wybijanie na oślep na własnym terenie. Nie wolno tego robić z żadnym rywalem, a co dopiero z Celtą Vigo. Real musi się szybko ogarnąć, bo inne ekipy odrobiły lekcje i są dobrze przygotowane do sezonu. Nie grają z workiem kartofli. Biegają, walczą, nie odpuszczają żadnej piłki. Nie widzę takiej apatii w grze Sevilli, Valencii czy Barcelony, o rywalach z innych lig nie wspominając. Realu nie łumaczy brak Ronaldo czy Benzemy, bo cała ekipa kuleje. Zgranie kuleje, pomysł, chęci. Dzisiaj tylko Modrić coś robił, także Kroos i dwaj rezerwowi plus Varane w obronie, reszta nie zasłużyła na zaszczyt reprezentowania Los Blancos.
Coś nawaliło na blogu i nie mogłem zaraz po meczu opublikwać tego tekstu, więc miałem szansę obejrzeć inne mecze tej kolejki, nie tylko w Hiszpanii, i to mnie jeszcze bardziej przygnębiło. Tempo akcji takiego Leicester, precyzja zagrań Barcelony, intensywność wielu ekip (nawet Las Palmas grało szybciej), parcie do przodu, fantazja – zupełnie jakby grały w inną dyspcyplinę niż powolny i schematyczny Real Madryt. Jak widzę, co wyprawia Hazard, którego wielu madridistas uznawało za niepotrzebnego w Madrycie, i zestawiam to z nieporadnością piłkarzy Zidane’a…
Na koniec muszę tylko wyrazić nadzieję, że dzisiaj to był wypadek przy pracy, że Królewscy w rzeczywistości są znacznie lepsi i tylko ten jeden raz zapomnieli, że w każdy mecz trzeba włożyć nieco wysiłku. Bez tego nie będzie sukcesów. Mecz z Celtą chyba nieco sprowadził na ziemię tych wszystkich uznających, że Real ma najlepszą kadrę, nie potrzebuje żadnych wzmocnień i rusza po tryplet. Na razie do tego baaardzo daleka droga.


Plus meczu: Kroos
Minus meczu: Marcelo

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: