SANTANA IV

Santana IV 4 recenzjaSANTANA
IV
2016

Carlos Santana to jedna z największych postaci w świecie rocka i chyba nikomu tego nie trzeba dowodzić. To nie tylko wielki gitarzysta, lecz także długoletni lider i jedyny stały członek własnego zespołu grającego rock latynoski o nazwie Santana. Mało kto odróżnia stricte solowe płyty muzyka od tych nagranych z grupą, której skład często się zmienia. Tym bardziej, że Santana do nagrań zaprasza jeszcze wielu gości z zewnątrz i to przy ich udziale triumfalnie powrócił z niebytu na sam szczyt pierwszej ligi albumem Supernatural w 1999 roku. To jego największy sukces komercyjny i choć następne płyty nawet nie zbliżyły się poziomem ani popularnością – raz jest lepiej (jak przy okazji Shape Shifter w 2012 roku), raz gorzej (Corazón, 2014), ale i tak od wtedy świat wyczekuje każdej z utęsknieniem. Co pewien czas potrzebny jest jednak nowy impuls, pewne odświeżenie formuły. Takim właśnie nowym pomysłem zaskoczył artysta na albumie o odkrywczym tytule IV. Wbrew pozorom to nie przypadek, a celowy zamysł wpisany w przemyślaną koncepcję całości.
O Santanie i jego nowej/starej muzyce można pisać długo, ale przecież wtedy nikt tego nie czyta, więc do rzeczy. Numer IV nawiązuje do płyty III z 1971 roku, ostatniej nagranej w klasycznym składzie zespołu odpowiedzialnego za takie hity jak Oye Como Va, Black Magic Woman, Samba Pa Ti, Evil Ways czy Soul Sacrifice. Ostatniej wielkiej płyty zespołu Santana, i ostatniego wielkiego sukcesu (aż do wydania wspomnianego Supernatural, ale to już inna muzyka, bardziej komercyjna). Wraz z nowym krążkiem Carlos Santana zatrzymał czas, lub raczej wynalazł wehikuł czasu i cofnął się 45 lat. Zaproponował swoisty reunion klasycznego składu formacji i w brawurowy sposób odświeżył tamto brzmienie. Na płycie poza mistrzem grają Gregg Rolis (klawisze, wokal), Neal Schon, przez wiele lat filar grupy Journey (gitara), Michael Carabello (instrumenty perkusyjne) oraz Michael Schrieve (perkusja). Zadbano o każdy szczegół, nawet lew na okładce nawiązuje do debiutu z 1969 roku, a ze wszystkich nagrań bije wielka radość ze wspólnego grania. Projekt nieco ryzykowny, bo takie powroty nie zawsze wypalają. Ale tu motywem nie były pieniądze. Panowie po prostu chcieli to zrobić jeszcze raz i dlatego wyszło im nadspodziewanie dobrze. O ich wirtuozerii nawet nie ma co pisać, to muzyka absolutnie najwyższej próby, prawdziwe artystyczne odrodzenie Carlosa Santany. Artysta już nie musi kokietować gościnnymi występami współczesnych gwiazd ani równać do aktualnych trendów. Jego latynoski rock z delikatnie jazzującym posmakiem jest ponadczasowy i szczery, bo wynika z potrzeby serca, bez sztucznego parcia na listy przebojów. Czuć tu niesamowitą pasję i pozytywną energię wynikającą ze spotkania się serdecznych przyjaciół i ich zabawy muzyczną formą. Wreszcie znowu słyszymy cały zespół, a nie tylko dowolnie dobraną grupę muzyków towarzyszącą gitarzyście, jak to było od lat. Każdy jest tu równie ważny i ma swoje pięć minut. W tym kontekście nie ma znaczenia, czy będą z tego hity – wystarczy, że płyta jako całość przekonuje. Może nie do końca, bo 75 minut muzyki to trochę za dużo i gdyby pominąć kilka nagrań, byłoby idealnie, ale i tak jest znakomicie. To najlepszy album Santany od lat. Może nawet od wspomnianej trójki…
Zastanawiałem się, czy polecać jakieś kawałki, bo musiałbym wymienić niemal wszystkie. Akurat Love Makes The World Go Round z gościnnym udziałem Ronalda Isleya mnie najmniej przekonuje, ale reszta już mniej lub bardziej tak. Już na starcie jest prawdziwa petarda – Yambu doskonale wprowadza w klimat albumu, a potem energetyczny rockowy Shake It utwierdza w przekonaniu, że to będzie coś innego niż na poprzednich krążkach. I rzeczywiście – radiowych prostych hitów tu niewiele, ale też się znajdą. Singlowy Anywhere You Want To Go pasowałby na Supernatural, podobnie Leave Me Alone, lecz i tak najlepiej wypadają utwory pozbawione wokaliz, takie klimatyczne granie oparte na długich instrumentalnych improwizacjach, jak w niemal 8-minutowym Fillmore East czy bardziej dynamicznym Echizo. Oczywiście są też typowe pościelówy, ale za to jakie! Choćby chwytająca za serce Blues Magic czy Sueños – nowa Samba Pa Ti. Wystarczy? Chyba tak, bo wymieniłem ponad połowę.
Santana IV to wyjątkowo udany powrót do przeszłości rocka. Oby to nie był jednorazowy kaprys meksykańskiego muzyka. Mam cichą nadzieję, że panowie bawili się na tyle dobrze, iż nie odpuszczą i jeszcze coś nagrają w tym składzie.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: