BLACK SABBATH The End

BLACK SABBATH
The End
2016

The End? Really? Czy ktoś wierzy, że to naprawdę koniec legendarnego Black Sabbath? Owszem, twające od stycznia The End Tour ma być wielkim pożegnaniem Black Sabbath z fanami i ostatnią okazją, by legendę rocka zobaczyć na żywo (także w Polsce, 2 lipca w krakowskiej Tauron Arenie), ale przecież nie takie obietnice łamano. Jednak póki co oficjalna informacja mówi, że grupa już nie wejdzie do studia, a dyskografię zamknie słynna 13-tka z 2013 roku. Od razu dodajmy – zamknie niezwykle efektownie, bo trudno o lepszy finał dla tak wspaniałej kariery. I od razu dodam, że chodzi o zawartość całego albumu, a nie tylko zamykające go odgłosy burzy, które rozpoczynały debiutancką płytę i niejako spinają klamrą historię kapeli. Ozzy i spółka postanowili jednak wykonać ukłon w stronę stęsknionych fanów i wydać EP-kę, na której znalazły się utwory nagrane podczas sesji do album 13 oraz koncertowe zapisy czterech kawałków z 13 World Tour. Wydawnictwo nazwane The End jest do nabycia podczas koncertów zespołu w ramach The End Tour.
Co odkrywczego można napisać o kawałkach stanowiących w pewnym sensie odrzuty z ostatniej sesji? W zasadzie nic. To wciąż klasyczny Black Sabbath ze wszystkimi swoimi zaletami i wadami. Nagrania, przede wszystkim te 7-minutowe otwierające zestaw, jakoś drastycznie nie odstają poziomem od tego, co dostaliśmy na 13. Na pewno Season Of The Dead mógłby z powodzeniem się tam znaleźć (ciężki, posępny riff Iommiego, transowy wokal Osbourne’a plus chwytliwa melodia, w kategoriach sabbathowskich oczywiście). Podobnie Cry All Night, kawałek bardziej dynamiczny i wręcz przebojowy, gdzie wokalista daje z siebie znacznie więcej, z kapitalnym zwolnieniem w środkowej części, gdy utwór znacznie zyskuje na ciężarze, oraz znajomymi odgłosami burzy w finale, co może sugerować, że pierwotnie może planowano umieścić  kawałek na końcu 13-tki. Krótsze Take Me Home wyróżnia zaskakująca solówka na gitarze… akustycznej, z kolei Isolated Man tak naprawdę nie wyróżnia się niczym.
Dwa dobre kawałki to trochę mało, ale to w końcu tylko EP-ka. Tym, co irytuje w tym wydawnictwie, jest część koncertowa. Pal licho, że zamiast opublikować wszystkie 8 niewykorzystanych utworów nagranych podczas sesji, wybrano tylko połowę (bo i tak pozostałe były dokładane w postaci bonusów do różnych specjalnych wydań płyty), bardziej razi tu różnica w jakości brzmienia. Zwłaszcza przejście od dynamicznego Isolated Man do wyciszonego początku God Is Dead? sprawia wrażenie, jakbyśmy mieli do czynienia z bootlegiem. Wersje koncertowe nic nie wnoszą, są tylko bardziej surowe, ale w sumie odegrane toczka w toczkę jak w studio, natomiast zagadkę stanowi umieszczenie tu Under The Sun, kawałka sprzed ponad 40 lat, z albumu Vol.4. Po co ten zabieg? Siedem nagrań z roku 2013 i ni stąd, ni zowąd jedno archiwalne, które burzy koncepcję zbioru. Nawet jeśli wersje live to tylko bonusy, można to było zrobić z sensem. Ponieważ jednak The End to wydawnictwo przeznaczone tylko dla fanów kapeli, a ci łykną wszystko, nie róbmy z jego zawartości wielkiego problemu. Dobrze, że w ogóle jest, a oficjalną dyskografię i tak zamyka album 13.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: