DAVID BOWIE Blackstar

Daavid Bowie Blackstar recenzjaDAVID BOWIE
Blackstar
2016

David Robert Jones alias David Bowie jest jedną z największych legend współczesnej muzyki rozrywkowej – to jest fakt i chyba nikt tego nie zamierza podważać. Artystę można lubić lub nie, doceniać jego wkład w popkulturę lub nie (można też przeceniać, co jest dość nagminne), ale wywalczył sobie określoną pozycję i dzisiaj nie musi nic nikomu udowadniać. Może nagrywać co chce i z tego prawa ochoczo skorzystał. Przed wydaniem poprzedniego krążka, rozczarowującego The Next Day, milczał przez dekadę. Teraz postanowił zaskoczyć fanów nie tyle faktem nagrania kolejnej płyty, ile jej zawartością. Sklepowa premiera albumu Blackstar miała miejsce dzisiaj, w dniu 69 urodzin Bowiego, i od tego momentu internet zapewne zapełni się pełnymi ekstazy recenzjami. To jest prawdziwa wielkość – facet ma taki status, że na jego płyty się czeka, każda jest wielkim wydarzeniem i każdą dziennikarze opisują na klęczkach. Nawet, gdy na to nie zasługują. Ręczę, że o Blackstar będzie napisanie bardzo wiele, powstaną całe rozprawki i recenzje niemal o długości pracy doktorskiej. Ja spróbuję krótko – na tyle, na ile potrafię.
Bowie podczas swej kariery wielokrotnie zaskakiwał słuchaczy. Lubił iść pod prąd, próbować czegoś nowego, eksperymentować. Może stąd jego status? Może dlatego nie zdążył się znudzić? Tym razem zaproponował antypopowy, progresywny wręcz album (tak tak, mamy tu malownicze pejzaże, ambientowe odjazdy, są też przestrojone gitary), kompletnie odmienny od „piosenkowej” propozycji sprzed 3 lat, mocno inspirowany jazzem z dominującą rolą saksofonu. To zasługa 50-letniego jazzowego saksofonisty Donny’ego McCaslina, który w dużej mierze odpowiada za repertuar. Blackstar to 41 minut muzyki i zaledwie 7 utworów. Wydany na singlu transowy utwór tytułowy trwa niemal 10 minut, w obrębie których trzy razy zmienia melodię! Opatrzono go mrocznym wideo, ale nie jest w ogóle przebojowy. Radiowcy nie bardzo wiedzą, co z tym zrobić. Olać nie można, bo to przecież Bowie. Poza tym to kapitalny kawałek, a że nie pasuje do schematycznej ramówki – cóż, tak to bywa z niepokornymi twórcami. Zresztą dalej jest podobnie, bo kolejne kompozycje, choć nieco łatwiejsze w odbiorze, też wymagają skupienia i wymykają się jednoznacznym kwalifikacjom. Nie wszystkie są nowe, niektóre znamy z musicalu Lazarus czy składanki Nothing Has Changed, jednak nie ma to żadnego znaczenia. W nowych wersjach pasują tu idealnie, a płyta w całości robi piorunujące wrażenie. Może nie za pierwszym przesłuchaniem, ale warto dać jej kolejne szanse. Z Blackstar jest trochę tak jak z filmami Davida Lyncha – mogą zmęczyć, ale wystarczy otworzyć umysł i wtedy wszystko jest na miejscu.
Niełatwo ocenić ten krążek. Jest niespodziewanie inny, ale czy samo to wystarczy, by być świetnym, wybitnym? Nie mówię o etatowych klakierach, bo dziennikarze na garnuszkach muzycznych korporacji zawsze napiszą dobrze, podobnie jak zaślepieni fani. Mówię o zwykłym, przeciętnym słuchaczu, który zna Bowiego z dobrych melodii i ładnych piosenek. Dla niego Blackstar będzie trudny do zaakceptowania. Jednak moim zdaniem, a przecież nie jestem fanem Davida, jest to znakomita płyta, jak zresztą przystało na piękny jubileusz – jest to bowiem studyjny album nr 25. I piszę to ja – człowiek nielubiący jazzu ani saksofonu! Mimo wszystko muszę docenić wielowymiarowość tego dzieła, jego niecodzienność, magię klimatu, jaki wytwarzają te nagrania. Nie wszystkie mi podchodzą, ale wszystkie na swój sposób intrygują. Zaskakują drobiazgami, pokręconą melodyką, zmieniają się niczym ich autor, prawdziwy kameleon rocka. Mój ulubiony fragment (poza tytułową suitą) to Lazarus, leniwa ballada z trip-hopowymi naleciałościami i zaskakującym finałem, jedna z najpiękniejszych kompozycji Davida Bowiego ever.


David Bowie nie żyje zmarł 11.01.2016PS.
Trzy dni po napisaniu tej recenzji świat obiegła smutna wiadomość, że David Bowie zmarł przegrywając 18-miesięczną walkę z rakiem. Nie będzie więc już jego nowych utworów i wyczekiwania na kolejny wspaniały album. Wiemy jedno – artysta pożegnał się z nami w najlepszy możliwy sposób, a od dzisiaj będzie podbijał swą muzyką zupełnie inny świat.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: