DEF LEPPARD Def Leppard

Def Leppard album 2015 recenzjaDEF LEPPARD
Def Leppard
2015

Jakże odmiennie potoczyły się losy zespołów debiutujących na początku lat 80. pod hasłem NWOBHM (New Wave Of British Heavy Metal). Największą popularność zyskały Iron Maiden, Saxon i Def Leppard, i o ile dwa pierwsze pozostały wierne ciężkiemu metalowi, o tyle Def Leppard dość szybko pożeglował w stronę soft rocka. Wprawdzie w Wikipedii figuruje jako powstały w 1977 roku w Sheffield brytyjski zespół hardrockowy, to jednak jego muzyka przeznaczona jest wyłącznie dla zwolenników plastikowej wersji heavy metalu, a tych jest na świecie całkiem sporo. Kapela uzyskała w latach 80. wielką popularność (zwłaszcza w USA), sprzedała grube miliony płyt, a potem na skutek zmiany trendów ze swoim pseudorockiem stopniowo odchodziła w niebyt. Brakowało pomysłu, brakowało hitów, a ostatni krążek panowie wydali w 2008 roku. Odczekali kolejne 7 lat i teraz pełni wiary powracają z nowymi piosenkami. Ma być jak kiedyś. Problem w tym, że nie jest i nie będzie.
Nowy album w zasadzie nie wnosi niczego nowego do twórczości Def Leppard. To nadal wygładzona, wypolerowana wersja rocka, której wielka popularność odeszła wraz z poprzednim stuleciem. Może  to i dobrze, że muzycy grają swoje – fani będą zadowoleni, niektórzy wspomną lata swej młodości, zaś cała reszta pozostanie obojętna. Singlowy opener Let’s Go brzmi dziwnie znajomo, ale takie uczucie deja vu jeszcze wielokrotnie powróci, bo wiele numerów to po prostu kalki starych, znanych hitów kapeli, które mają nośne refreny, fajnie bujają i świetnie wypadną na koncertach. A że dzisiaj gra się trochę inaczej, to już odrębna kwestia. Z tej stricte komercyjnej części wydawnictwa najlepiej wypada Invincible – jest tu tempo i dobra melodia; najgorzej zaś Energized – to zaprzeczenie energii, muzyczny koszmarek. Tak bezpłciowo nie wypada grać.
Na szczęście panowie w nowych kompozycjach postanowili zaoferować prawdziwy przekrój swej twórczości i poza bezbarwnymi piosenkami zagrali też tak, jak na rockową kapelę przystało. Niewiele tego, ale jednak znalazłem dwa dobre utwory i jeden znakomity. Zadziorny, zagrany z werwą Broken ‚N’ Brokenhearted to hit pełną gębą, z kolei Battle Of My Own przywodzi na myśl skojarzenia z akustyczną III Led Zeppelin. Moim absolutnym faworytem jest jednak Man Enough – funkujący rockowy kawałek wzorowany na Another One Bites The Dust Queenów. Świetny rytm z wyeksponowanym basem, w tle oszczędne gitary i nieco szaleństwa pod koniec. Ten numer aż nie pasuje do przeciętnej reszty. Czy to ratuje album Def Leppard przed porażką? I tak, i nie. Tragedii nie ma, wielkiego rozczarowania też nie, bo nikt przy zdrowych zmysłach nie miał wielkich oczekiwań, a momentami jest nawet dość przyjemnie, ale ten krążek nie pozyska nowych fanów. To jeden z lepszych albumów Def Leppard (jakkolwiek dziwnie to nie brzmi) lecz zespół nie ma do zaoferowania nic, czego byśmy nie znali z zamierzchłych czasów.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: