SZACHTAR-REAL 3-4 Wymęczona wygrana w zimnym Lwowie

Szachtar Real 3-4 Liga Mistrzów 2015/2016   Po sobotnim El Clásico miny fanów Realu mocno zrzedły. Zamiast poukładanej drużyny złożonej z wielkich graczy zobaczyli niespójną i niezdarną zbieraninę leniwych gwiazd, które nie tylko ustępowały rywalowi szybkością, pomysłem na grę i czysto piłkarskimi umiejętnościami, ale przede wszystkim zaangażowaniem. Większości najwyraźniej nie bardzo się chciało umierać za Real, i to bolało najbardziej. Reszta to detale. Ale życie trwa dalej, the show must go on, trzeba patrzeć w przyszłość i podnieść się z kolan, a przede wszystkim spróbować odzyskać radość ze wspólnej gry, co tak imponuje w Barcelonie, która obecnie gra – co tu dużo ukrywać – futbol nie z tej planety (przyznał to wczoraj w wywiadzie rozbrajająco szczery Wojciech Szczęsny broniący bramki Włochów, paradoksalnie – mimo wpuszczenia 6 bramek ich najlepszy gracz). Pierwszym testem będącej na świeczniku ekipy Beníteza był wyjazdowy mecz z Szachtarem w ramach grupowej fazy Ligi Mistrzów. Królewscy już wcześniej wywalczyli awans, ale zwycięstwo we Lwowie dawało im pewne pierwsze miejsce w grupie. Było więc o co walczyć. Poza tym chodziło też o podniesienie morale po dwóch kolejnych porażkach i trzech meczach bez klasy, jakiej należy oczekiwać od tak wielkiej drużyny. O pokazanie, że mimo plotek o złych stosunkach piłkarzy z trenerem i nieakceptowaniu jego metod pracy oraz o pragnieniu Crisitano Ronaldo opuszczenia klubu, mimo tego wszystkiego ci panowie nadal chcą i nadal potrafią dobrze grać w piłkę, a nie tylko być na boisku. Na tak zmasowaną krytykę i nagonkę medialną należy odpowiedzieć dobrą grą, niczym więcej. Mecz z Szachtarem to dobry moment, by odbić się od dna na tle może nie najsilniejszego, ale godnego rywala, bo gospodarze grali o życie i byli mocno zmotywowani.
Niby to wszystko było wiadomo, jednak Real wcale nie sprawiał wrażenia, że to coś więcej niż kolejne spotkanie, w które nie trzeba wkładać wiele wysiłku. Na szczęście Benítez wymienił 5 piłkarzy z Klasyku zostawiając na ławce bezproduktywnego Kroosa i leniwego Benzemę, a na boisku zameldowali się Casemiro i Kovačić. Obaj należeli do wyróżniających się graczy, a reszta? Reszta grała po staremu – bez błysku, ale wreszcie skutecznie. Już w 2 minucie Ronaldo zmarnował świetną sytuację na objęcie prowadzenia, ale kwadrans później strzelił gola dobijając piłkę po kapitalnej akcji Bale’a. Królewscy mieli mecz pod kontrolą, Szachtar był przestraszony i nie zagrażał bramce Casilli, lecz co zwykle robi drużyna Beníteza po zdobyciu prowadzenia? Cofa się i broni wyniku oddając inicjatywę rywalowi. Kiedy chłopaki (albo trener) zrozumieją, że nie tędy droga? Przez ostatnie 20 minut Szchtar przeważał lecz nie umiał tego wykorzystać, natomiast madrytczycy grali jak z Barceloną – nudno, niedokładnie i bez pomysłu.
W szatni była chyba jakaś reprymenda bowiem w drugą połowę Real wszedł na pełnym gazie. Atakował, stosował pressing, tworzył sytuacje, i na efekty nie trzeba było długo czekać. W 50 minucie Ronaldo kapitalnie obsłużył Modricia, a Chorwat podwyższył wynik na 2-0. Minutę później Ronaldo nie wykorzystał kolejnej dobrej okazji, ale niedługo potem podał do Carvajala, a ten przelobował Piatowa i było 3-0. Dokładnie w takim stosunku wygrali tu paryżanie. Gdy w 70 minucie Bale popisał się genialnym rajdem (niczym z pamiętnego finału Pucharu Króla z Barceloną) i wystawił patelnię Ronaldo, było po meczu. Portugalczyk zdobył swojego drugiego gola, a w sumie już siódmego w tej edycji rozgrywek. I wtedy stało się coś, co nie ma prawa przydarzyć się klasowej drużynie, tym bardziej z takim przeciwnikiem. Real przestał grać. To poniekąd wina złych zmian – w miejsce Modricia wszedł Kroos i środek pola przestał być groźny; w miejsce Bale’a wszedł Benzema i atak przestał istnieć. Zresztą Francuz najwyżej raz dotknął piłki. Chyba do czasu rozwiązania swych kryminalnych problemów powinien odpocząć od futbolu. W 77 minucie Casemiro niepotrzebnie faulował w niegroźnej sytuacji i sędzia wskazał na wapno. Po uderzeniu Teixeiry zrobiło się 1-4. To pierwszy gol stracony przez Real w tej edycji Ligi Mistrzów. Jednak nie ostatni. Kilka minut później dekoncentracja przy rzucie rożnym dała gospodarzom drugą bramkę. Zdobył ją Dentinho… klatką piersiową. Szachtar dostał wiatr w żagle, a w szeregi Królewskich wkradła się panika. Gospodarze zaś pokazali, jak należy atakować – przesuwając całe formacje (Real zwykle robił to tylko trójką napastników). W polu karnym Realu było nieraz 5 czy 6 graczy. W 88 minucie to przyniosło efekt, w zamieszaniu gola strzelił Teixeira i z przyzwoitego czterobramkowego prowadzenia zrobił się wynik, który kibicom z Madrytu daje spore powody do narzekań. 3 celne strzały i 3 bramki – to się nazywa skuteczność. Nic się już nie zmieniło i chociaż w równoległym spotkaniu PSG w Szwecji pokonał 5-0 Malmö (2 gole strzelił Di María!), to Real zapewnił sobie pierwsze miejsce w grupie.
Rafa Benítez z pewnością będzie wniebowzięty, kibice niekoniecznie. Wygrana cieszy, styl na pewno nie. Takim występem, a zwłaszcza nonszalancją w obronie, madrytczycy nie odzyskają zaufania madridismo. Królewscy nadal są zaledwie cieniem drużyny, która wygrywała Décimę. Przeciwnik nie był mocny, wynik powinien był być bardziej okazały, a słaba końcówka mogła kosztować punkty. Na plus trzeba zapisać dynamiczny występ Kovačicia, kontrolę Casemiro (nie zmienia tego zawiniony rzut karny), rajdy Bale’a (oba z lewego skrzydła – to tylko potwierdza, gdzie Walijczyk powinien grać), reżyserię Modricia i pewne ożywienie Ronaldo. Portugalczyk nadal marnuje setki, z wolnego nie trafia i nie umie dryblować, jednak był całkiem aktywny i nadzwyczaj skuteczny – zdobył 2 gole (a wcześniej w 8 meczach trafił 3 razy), zaliczył 2 asysty i prezentował się w miarę przyzwoicie na tle kolegów. Na minus bezbarwny występ Kroosa – to obecnie najsłabszy z pomocników Realu, gra jak Illarra, a to nie komplement; o Benzemie już pisałem – to prawdziwy Houdini, wszedł na boisko i zniknął; Isco notował masę strat i gubił się w dryblingach; nie przekonał też Danilo, ale to nic nowego. Martwić musi co innego – w 3 meczch drużyna straciła 10 goli. A tak niedawno mówiło się o żelaznej obronie madrytczyków… Mimo wszystko trzeba szukać pozytywów – ekipa wygrała i chwilami (w zasadzie tylko od 50 do 75 minuty) mogła się podobać. Teraz trzeba wrócić do wygrywania w La Liga. Jeszcze nic nie jest przegrane.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: