BLACKMORE’S NIGHT All Our Yesterdays

Blackmore's Night All Our Yesterdays recenzjaBLACKMORE’S NIGHT
All Our Yesterdays
2015

Blackmore’s Night to zespół stworzony w połowie lat 90. przez gitarzystę Ritchiego Blackmore’a oraz jego żonę Candice Night. Tak oto zakończył się ścisły związek współtwórcy Deep Purple i Rainbow z muzyką rockową, z której był znany przez całą swoją dotychczasową karierę. Ritchie zwrócił się w stronę klimatów akustycznych, zaś twórczość Blackmore’s Night można określić jako inspirowany muzyką renesansową folk rock. No cóż, każdy ma prawo robić w danym momencie życia to, co sprawia mu frajdę, Blackmore też sobie na takie prawo zapracował. Zapewne w wieku 70 lat inaczej się postrzega pewne sprawy i można nawet z uśmiechem na twarzy kaleczyć takie klasyki jak Moonlight Shadow Mike’a Oldfielda czy I Got You Babe duetu Sonny & Cher. Po co takie „kwiatki” w repertuarze zespołu? Nie mam pojęcia. Może żeby choć trochę urozmaicić nudę wiejącą z pozostałych bezbarwnych kompozycji? Niestety nie udało się. Na początku może był w tym jakiś pomysł i pewna szczerość przekazu, entuzjazm doświadczania czegoś nowego. Teraz jest wtórne, mdłe i kompletnie pozbawione emocji. Tu jakże na miejscu wydaje się tytuł jednego z nagrań: Where Are We Going From Here. To pytanie powinien sobie zadać Ritchie Blackmore. Jego ostatnia płyta – jarmarczne folkowe pitolenie bez duszy i serca to droga donikąd. Muzycznie donikąd. Bo na pewno u boku uroczej, młodej małżonki ma się całkiem dobrze…
Ostatnio można było odnieść wrażenie, że starego wilka ciągnie do lasu – niedawno Blackmore w wywiadach stwierdził, że planuje zagrać kilka stricte rockowych koncertów, może nawet reaktywuje Rainbow, narobił więc smaku swoim dawnym fanom, by zarazem poczęstować ich kolejnym niestrawnym albumem aktualnej formacji. Płyta All Our Yesterdays nie byłaby nawet warta wspomnienia, gdyby nie jedna kompozycja. Jeden jedyny utwór. Jeden, by wszystkimi rządzićDarker Shade Of Black może irytować nadmiernym patosem, operową wokalizą na tle urokliwych smyczków, jednak to wszystko ma uzasadnienie i jak najbardziej pasuje. Ładna melodia, majestatyczne organy w środku i porywająca solówka gitarowa na końcu. Wreszcie słychać, że jest tu obecny dawny wymiatacz Deep Purple, a nie jakiś trzecioligowy bard. Być może na innym albumie taki kawałek byłby jednym z wielu. Tutaj jest perełką. Niestety nie ratuje całości.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: