Bawarskie refleksje po manicie Bayernu

Real Madryt Beniteza Cristiano brak formyBayern Monachium pokonał Arsenal 5-1 rozgrywając na Allianz Arena perfekcyjne spotkanie i efektownie rewanżując się Anglikom za porażkę sprzed 2 tygodni, jedyną plamę na honorze w obecnym sezonie, który jak dotąd układa się dla Niemców wyśmienicie. W Bundeslidze mają 31 punktów po 11 meczach (10 zwycięstw + 1 remis), 33-4 w bramkach (!), w 4 meczach Ligi Mistrzów strzelili 13 goli. Te liczby nie kłamią. Dzisiaj, jeśli chcemy obejrzeć najlepszy możliwy piłkarski spektakl, nie jedziemy do Madrytu – tam można co najwyżej usnąć z nudów; nie jedziemy do Barcelony, która wprawdzie miewa kapitalne momenty za sprawą trójki magicznych napastników nie z tej ziemi, ale ogólnie rozczarowuje – dzisiaj po najlepszy futbol jedziemy do Monachium. Tu nikt nie szuka usprawiedliwień – że rywal z topu (więc można u siebie grać bojaźliwie?); że brakuje podstawowych graczy (jakoś da się czarować i miażdżyć rywali bez Robbena i Ribéry’ego – wystarczy chcieć), że to czy tamto. Tutaj nie ma taryfy ulgowej. Tutaj każdy walczy przez 90 minut. Tutaj każdy wie, co ma robić na boisku, gdzie się ustawić, jak założyć skuteczny pressing. Tutaj nikt nie wybija na oślep, a nawet jeśli – to takie piłki są przejmowane przez graczy, którzy rządzą w środku pola, a nie tylko straszą nazwiskami. Tutaj za niewielkie pieniądze kupiono zawodników pasujących do profilu drużyny, a nie odwrotnie – taki Douglas Costa robi więcej zamieszania niż całe BBC razem wzięte (gdzie byli skauci Realu, że nie wypatrzyli takiego talentu?). Tutaj nie ma piłkarzy nietykalnych – Lewandowski czy Robben często nie grają pełnych spotkań, rozumieją potrzebę rotacji, nie bywają z tego powodu smutni. Również nadmiernie nie gestykulują, gdy kolega nie zagra do nich i znajdzie inne rozwiązanie. Tutaj najbardziej liczy się dobro Bayernu jako teamu, nie indywidualne popisy. Drużyna jest poukładana, zmotywowana, doskonała technicznie, gra szybko i z polotem oferując z przodu wiele wariantów ataku. Podopieczni Guradioli Bundesligę mają w kieszeni, lecz czy to wystarczy, by wygrać Ligę Mistrzów? Niekoniecznie. Futbol czasem potrafi zaskakiwać. Dzisiaj Bawarczycy imponują ale zobaczymy, czy wiosną będą prezentować się równie dobrze.
Tego wieczora w Monachium piłkarzom wychodziło niemal wszystko. Trafienie Lewandowskiego – palce lizać, godne największych napastników; soczyste i precyzyjne uderzenie Alaby z 25 metrów; błyskotliwa akcja przy golu Robbena, który też strzelił wybitnie zaraz po wejściu na boisko; honorowe trafienie Arsenalu i opanowanie piłki przez Giroud, o jakim Cristiano Ronaldo może tylko pomarzyć; genialny rajd, przyspieszenie i rozprowadzenie akcji przez Costę, które w swoim stylu wykończył Müller – to wszystko radowało oczy w jednym tylko meczu. A było jeszcze kilka niewykorzystanych sytuacji. Najważniejsze jednak, że Bayern dominował przez całe spotkanie, walczył o kolejne bramki, nie osiadł na laurach prowadząc 2 czy 3-0, wciąż chciał więcej. Jak na tym tle wypada Real Madryt? Bardzo mizernie. Koszmarny mecz z PSG, choć paradoksalnie wygrany, przelał czarę goryczy. Właściwie to nie Real go wygrał – to paryżanie przegrali dowodząc, że do europejskiej czołówki jeszcze im trochę brakuje. Trzeba nie tylko grać pięknie i stwarzać okazje, ale również umieć je wykorzystać. Zwłaszcza gdy rywal jest bez formy. Tutaj wyszło mistrzostwo madrytczyków i poniekąd geniusz ich trenera – wszak grać tak źle i wygrać to też sztuka. Niemniej, chociaż wynik cieszy, to jednak styl prezentowany przez ekipę Beníteza już na pewno nie. I nie wierzę, że wiele zmieni powrót Benzemy czy Bale’a. Ten minimalizm i jałowe tempo siedzi w głowie zawodników. Tak samo było u Ancelottiego, i powtarza się u Hiszpana. Gwiazdorom się nie chce biegać i walczyć, zwłaszcza Ronaldo, który kolejny już raz jest najgorszy na boisku – tak fatalnie jeszcze nie grał w barwach Realu. I chodzi nie tylko o mizerną skuteczność, setki marnowanych wolnych (które przestały być jakimkolwiek zagrożeniem dla rywala) czy całkowite zatracenie umiejętności dryblingu. Można nie mieć formy, nawet przez pewien czas – co prawda każdy inny zawodnik w każdej innej drużynie grzałby ławę grając tak katastrofalnie, ale nie Cristiano i nie w Madrycie!, jednak nie w tym główny problem. Problem leży w podejściu piłkarza do tego, co robi. Tego nie zrozumiem i nigdy nie będę usprawiedliwiał. Dlaczego megagwiazdor nie biega więcej, nie walczy, nie stosuje pressingu, nie goni za straconą piłką by ją odzyskać? Gdzie się podziała jego ambicja z czasów, gdy był wzorem piłkarza, gdy więcej piłek odzyskiwał niż tracił? Dlaczego wścieka się na innych samemu robiąc tak mało? Jednak nie o Ronaldo chcę tu pisać, bo nie on jeden jest winien złej gry Realu. I też nie o Bayernie, bo tytuł artykułu to tylko wynik smutnej refleksji, jaka mnie naszła po meczu Bawarczyków z Arsenalem. Kiedyś Real tak grał. Kiedyś to na meczach Królewskich ręce składały się do oklasków. Kiedyś – chociaż to właśnie teraz podobno grają tu najlepsi piłkarze. To dlaczego na boisku tego nie widać? Tęsknię za tamtymi czasami i szczerze mówiąc, nie widzę ich powrotu w najbliższej przyszłości. I nawet nie jest łatwo powiedzieć dlaczego.
Nie ma klubów idealnych. Real Madryt też taki nie jest. Czasem nie trafia z zakupami, czasem z formą, ale główny problem to błędne założenia i filozofia klubu. W skrócie określę to mianem świętych krów i gry za zasługi. I chyba tu leży pies pogrzebany. Skoro kupiony za jeden milion Euro Lucas Vázquez prezentuje się znacznie lepiej niż Ronaldo (biega, walczy, stara się, potrafi dryblować i minąć rywala, widać że mu zależy), to powinien grać sadzając na ławkę Porugalczyka. Ale wtedy Cristiano byłby smutny, cierpiący, narzekający, grożący odejściem i jeszcze częściej machający rękami w geście niezadowolenia. Co dalej? Rozbicie atmosfery, kryzys w szatni i pożegnanie z trofeami. Już to przerabialiśmy i to całkiem niedawno. W Madrycie gwiazdy muszą grać. Zawsze. Nawet bez formy. Nawet gdy swą postawą szkodzą drużynie. To dotyczy nie tylko CR7. Tak samo traktowany był Casillas, a teraz Bale czy Benzema, któremu nigdy nie kupią zmiennika, bo a nuż okaże się lepszy i co wtedy? Filozofia klubu kuleje. Podstawy leżą. Gwiazd w Realu wystarczy, potrzeba teraz tych, co będą chcieli dobrze grać w piłkę, a braki w umiejętnościach nadrobią sercem i zaangażowaniem. Obejrzałem skróty meczów Ligi Mistrzów i tempo akcji wielu klubów robi wrażenie. Podobnie jakość wykończenia kontrataków czy strzały z rzutów wolnych. Powiem krótko: chcę tego w Madrycie. Chcę szybkości Porto i wolnych Williana. Chcę zawziętości i zostawiania płuc na boisku dla królewskiego herbu. Żądam tego w Madrycie! Nie po to inwestuje się setki milionów Euro, by oglądać grę na poziomie ligi okręgowej. PSG zebrał pochwały za spotkanie na Bernabéu, ale prawda jest taka, że na takim tle to i Piast Gliwice by błyszczał. Francuzi nie grali jakiegoś kosmosu – to był zwyczajny, dobrze zorgnizowany aczkolwiek mało skuteczny futbol, z penetrującymi podaniami Di Maríi, jakich nie potrafi dograć „mister zła decyzja” Isco, „spec od celnych i nic nie dających podań” Kroos czy nawet Modrić, najlepszy madrycki technik, ale tego dnia wyjątkowo nieobecny, grajcy raczej w bok czy do tyłu. Gdzie te błyskoliwe zagrania tej wspaniałej drugiej linii Los Blancos? Czy nagle wszyscy są bez formy? Czytam, że „wraca wielki Jesé”, a widzę faceta, który nie ma wyczucia w nodze, marnuje kontry niedokładnym podaniem (to samo robi Ronaldo, ale o nim już było), a jego jedyny pomysł na minięcie rywala to kick&run – zupełnie jak u Bale’a. Madridistas kochają Isco, ale ja widzę faceta grającego wolno, dokonującego samych niewłaściwych wyborów, nadużywającego dryblingu i zwalniającego kontrataki. Kroos ma kierować tyłami ale brakuje mu przebojowości, podjęcia ryzyka niekonwencjonalnego zagrania otwierającego drogę do bramki. Sama celność podań to za mało, tę nawet Illarra miał niezłą – tylko że podawał do najbliższego lub w tył/bok. Tak samo jak ostatnio Niemiec. Mogę tak dalej wymieniać tylko po co? Chłopaki muszą się szybko ogarnąć i mam nadzieję, że Rafa tylko udaje zadowolenie przed dziennikarzami. Z takiej postawy nie wolno być zadowolonym. To trener odpowiada za to, co grają jego piłkarze. Wyniki są niezłe ale jak długo można jechać na farcie? Jak długo bramkarz ma być najlepszym zawodnikiem na boisku? Przy dobrej obronie on powinien pozostać bezrobotny. Kiedy wreszcie Real zacznie grać z klepki, a piłka przestanie panom piłkarzom przeszkadzać? Bo na razie są tak niezgrani, jakby na treningach grali w szachy. Kiedy zaczną biegać przez 90 minut, a nie tylko w jednej połowie (albo w ogóle, jak z PSG)? Już chyba wystarczająco dużo odpoczęli… Dwa najbliższe spotkania to mecze z Sevillą i Barceloną. Wtorkowy Real obie te ekipy zjedzą na śniadanie. Ale wtorkowy Real był tylko wypadkiem przy pracy. Jako kibic muszę w to głęboko wierzyć. To byli juniorzy poprzebierani za graczy pierwszej drużyny – takie spóźnione Halloween. Prawdziwy Real Madryt zobaczymy w niedzielę na Ramón Sánchez Pizjuán, gdzie polegnie Sevilla, a potem w Madrycie na Bernabéu, gdy odrodzi się Cristiano i zdemoluje Barcelonę. Gdy to nastąpi, nikt nie będzie pamiętał męczarni z PSG.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: