REAL-LEVANTE 3-0 Spokojna wygrana w eksperymentalnym składzie

Real Levante 3-0 liga hiszpańska 2015/2016   Po dwóch tygodniach przerwy wracamy do ligowej rzeczywistości. Wirus FIFA zebrał obfite żniwo i kontuzje odniesione w meczach reprezentacji narodowych wyeliminowały z gry kolejnych ważnych zawodników Realu – do Ramosa, Pepe, Carvajala i Jamesa dołączyli Modrić i Benzema, dlatego w meczu z Levante nie wystąpiła połowa podstawowych graczy z Madrytu. Na szczęście do składu powrócili Danilo i Bale, aczkolwiek pierwszy z nich był dzisiaj najsłabszy na boisku, nie miał czucia, tracił wiele piłek i przegrywał pojedynki, zaś Walijczyk został zmieniony przez Lucasa Vázqueza już po pierwszej połowie. Gareth Bale też nie rozegrał dobrego meczu, chociaż to on w 23 minucie oddał pierwszy groźny strzał na bramkę Rubéna. Sam ten fakt najlepiej świadczy, jak marne zawody oglądaliśmy dzisiaj na Bernabéu. Irytowały nieporadne i niemrawe ataki Królewskich, którzy grali jak sparaliżowani i w niczym nie przypominali czołowej drużyny Europy. Jednak nie grali z mocarzem, obrona Levante do silnych nie należy i popełnia wiele błędów więc bramki wydawały się tylko kwestią czasu. Tak też się stało. W 27 minucie piękną dwójkową akcję rozegrali Cristiano i Marcelo, a Brazylijczyk mocnym strzałem zdobył prowadzenie. Minutę później mogło być 1-1 lecz doskonałą interwencją popisał się Navas, a w odpowiedzi Real podwyższył prowadzenie. Tym razem piłkę wyłuskał Kroos, obsłużył Ronaldo, a Portugalczyk precyzyjnym uderzeniem pokonał Rubéna. Tyle dobrego można powiedzieć o pierwszej odsłonie meczu. Real prowadził zasłużenie, kontrolował boiskowe wydarzenia, ale grał słabo, bez pomysłu z przodu, bez dokładności, bez pełnego zaangażowania, bo nie wydaje się możliwe, że piłkarze nie mają sił biegać już na początku spotkania. Dziś sprawiali wrażenie bardzo zmęczonych.
Po zmianie stron nie było wiele lepiej. Wprawdzie Lucas wprowadził nieco ruchu z przodu lecz nie bardzo miał z kim grać. Wyrazem niemocy Królewskich był rzut wolny w 59 minucie. Zamiast strzelić mocno i precyzyjnie Cristiano praktycznie podał do bramkarza. Widząc mizerię gospodarzy zawodnicy Levante ruszyli do przodu i stworzyli sobie kilka niezłych sytuacji. Wprawdzie żadnej z nich nie wykorzystali, ale drużyna z dołu tabeli nie powinna mieć tyle swobody na boisku w Madrycie. Można było odnieść wrażenie, że gospodarzom nie bardzo chce się grać w strugach deszczu i najchętniej poszliby już do szatni. Sytuacja uległa zmianie dopiero w 70 minucie, gdy zaplątanego w niepotrzebne dryblingi Isco zmienił Jesé. Kanaryjczyk wprowadził trochę ożywieniaa, był szybki, miał ciąg na bramkę (a nie w poprzek czy do tyłu, jak wielu kolegów) i już w pierwszej akcji mógł mieć asystę, a chwilę później wystawił patelnię Ronaldo, lecz ten huknął w trybuny. W kolejnej akcji Jesé wziął sprawy w swoje ręce (a raczej: nogi) i w 81 minucie sam uderzył ustalając wynik meczu na 3-0. Podawał Lucas, była to więc akcja dwójki rezerwowych – jedynych, którym się dzisiaj chciało. Vázquez pod koniec mógł nawet strzelić swojego gola, ale piłka po jego mocnym uderzeniu minimalnie minęła spojenie bramki Rubéna.
Zadanie zostało wykonane – Real nie przemęczając się zbytnio zgarnął 3 punkty i na moment został liderem La Liga, ale niedosyt pozostał. Gra Los Blancos pod wodzą Beníteza nie może się podobać. Oczywiście dzisiaj brakowało połowy składu, lecz to żadne usprawiedliwienie, bo na ławce jest wystarczająca liczba dobrych jakościowo piłkarzy. Przeciwnik nie był wymagający, a zamiast totalnej dominacji mieliśmy leniwy mecz bez błysku i stylu, w którym Levante było co najmniej równie groźne co gospodarze, a Keylor odbił więcej piłek niż Rubén. Real nie potrafił tworzyć sytuacji, przeprowadzić składnych akcji, piłkarze nieomal potykali się o własne nogi, nieraz nawet nie umieli wyjść z własnej połowy, grali jakby w zwolnionym tempie i często do tyłu, atakowali zbyt małą liczbą graczy, brakowało gry na jeden kontakt, było sporo niedokładności i prostych strat, zwłaszcza przy pressingu rywala. Tak grać zwyczajnie nie wypada. Dzisiaj najlepiej zaprezentowali się zmiennicy – gracze bez wielkich nazwisk, za to z wielkim sercem. Pozostałym tego serca zabrakło. Cel osiągnęli więc nie ma co narzekać, lecz oglądanie tych męczarnii nie jest przyjemne. Jestem przekonany, że za dwie godziny Barcelona pokaże znacznie lepszy i szybszy futbol w meczu z trudniejszym rywalem, a na pierwszy groźny strzał nie będzie trzeba czekać do 23 minuty. Przed wyjazdowymi meczami z Celtą i Sevillą (czyli na stadionach, gdzie polegla Barcelona) gra zmęczonego Realu musi ulec zdecydowanej poprawie, inaczej trudno liczyć na komplet punktów. Z kolei już w środę będzie okazja sprawdzić prawdziwą formę madrytczyków na Parc des Princes w Paryżu, gdzie PSG z pewnością postawi zupełnie inne warunki niż słabiutkie Levante.


Plus meczu: Jesé
Minus meczu: Danilo

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: