REAL-MALAGA 0-0 Kolejne męczarnie Realu i wstydliwy remis na Bernabeu

Real Madryt Malaga 0-0 liga hiszpańska 2015/2016   Nowy sezon i stare błędy. Jeśli po środowym zwycięstwie w Bilbao i wskoczeniu na fotel lidera rozgrywek ktoś myślał, że Benítez już odpowiednio poukładał wszystkie klocki i Real ma naprawdę mocną drużynę, został dzisiaj brutalnie sprowadzony na ziemię. Do Madrytu przyjechała zamykająca tabelę Málaga, która w 5 meczach nie wygrała ani razu, a nawet nie strzeliła żadnej bramki. Co prawda straciła ich też niewiele, bo raptem trzy (przegrywając 3 mecze po 0-1 i bezbramkowo remisując 2 pozostałe), ale dotąd nie grała na tak gorącym terenie jak madryckie Bernabéu. W siłę ofensywną Królewskich nikt nie wątpi, chociaż tak naprawdę jej eksplozja w obecnych rozgrywkach nastąpiła tylko w dwóch meczach wygranych 5-0 i 6-0. Pozostałe spotkania, zwłaszcza te ostatnie, były raczej mizerne. I dokładnie tak samo było dzisiaj – zamiast pokazu siły mieliśmy pokaz totalnej bezradności i niemocy Realu Madryt pod wodzą Rafy Beníteza. Gospodarze zagrali słabo i zaledwie zremisowali z dobrze zorganizowanym i konsekwentnym w obronie rywalem. Real już po raz drugi w tym sezonie nie potrafił pokonać bramkarza rywali i ponownie zajął swoje ulubione miejsce w tabeli Primera División – za plecami Barcelony.
Wielbiciele Los Blancos będą szukać usprawiedliwień – że zabrakło szczęścia pod bramką, bo przecież drużyna oddała aż 31 strzałów; że Málagę uratował tylko dobrze dysponowany Kameni w bramce oraz prawdziwy cud, gdy piłkę z linii bramkowej wybił obrońca; wreszcie że 3 punkty odebrał sędzia, który nie zaliczył prawidłowego trafienia w samej końcówce meczu dopatrując się wydumanego spalonego Modricia. Zgoda, spalonego nie było, ale takie błędy się zdarzają (niedawno Granadzie anulowano prawidłową bramkę), a co do strzałów to większość była niecelna lub marnej jakości. Poza tym co to za drużyna, która uderza aż 31 razy bez efektu? W dodatku niemal połowę tych uderzeń oddał Cristiano Ronaldo, Pichichi poprzedniego sezonu i zdobywca ostatniej Złotej Piłki. To raczej powód do wstydu, a nie chwały. I żadnym usprawiedliwieniem nie są kontuzje, bo chociaż brak Jamesa i Bale’a, to reszta „gigantów” była na boisku.
Mecz zaczął się niemrawo i przez pierwsze 30 minut obserwowaliśmy grę po obwodzie bez klarownych okazji bramkowych. Jedyne dwie (w 13 i 15 minucie) wzorcowo zepsuł Isco oddając niecelne strzały w sytuacjach, kiedy miał obowiązek podać lepiej ustawionym kolegom. Madrytczycy grali bez pomysłu, wymieniali dziesiątki niepotrzebnych podań (w sumie w całym meczu było ich aż 871 – nawet mistrz posiadania piłki Barcelona rzadko osiąga taki wynik), a gdy zbierali się do ataku, mogłem iść na kawę bez obawy, że coś stracę. W ogóle łatwo było odnieść wrażenie, że oglądamy mecz z dolnych rejonów Ekstraklasy, a nie spotkanie wciąż jeszcze „najlepszej drużyny świata”. Pierwszy groźny strzał oddał Jesé dopiero w 33 minucie, to mówi bardzo wiele. W Bilbao Real grał pierwsze 45 minut, potem odpuścił – tutaj odpuścił od początku licząc chyba, że mecz sam się wygra. Wprawdzie pod koniec pierwszej połowy były kolejne szanse (Ronaldo minimalnie chybił, a najlepszą okazję miał Isco i znów się pomylił), jednak trudno pochwalić Królewskich za tę odsłonę spotkania. Nie mieli nad nim kontroli, nie włożyli wysiłku, nie zagrali na 100%.
Druga połowa rozpoczęła się znakomicie – w 47 minucie najlepszy strzał w meczu oddał Cristiano, ale Kameni fantastycznie obronił. Chwilę później kapitalną interwencję zanotował Navas broniąc precyzyjne uderzenie z rzutu wolnego. W 58 minucie minimalnie chybił Jesé, po czym doznał kontuzji i został zniesiony z boiska. Wszedł Kovačić i rozruszał niemrawe akcje gospodarzy. Real zaczął dominować tak, jak powinien od samego początku. Najlepsze okazje mieli Modrić i Benzema – obaj strzelili zbyt lekko i Kameni znów był górą. W 76 minucie uderzenie Isco z pustej bramki wybił obrońca, zaraz potem Amrabat uderzył łokciem Marcelo i wyleciał z boiska. Przewaga liczebna niewiele zmieniła – Real dalej dominował lecz skuteczność dzisiaj nie była jego mocną stroną. Isco wprawdzie zdobył gola lecz sędzia liniowy dopatrzył się spalonego podającego Modricia. Powtórki pokazały, że się pomylił. Piłkę meczową miał na nodze Cristiano Ronaldo w 93 minucie, lecz w idealnej sytuacji po dograniu Marcelo nie trafił w bramkę. Podobnie jak kilka razy wcześniej w sytuacjach, które kiedyś wykorzystywał z zamkniętymi oczami. Portugalczyk jest daleki od swej normalnej dyspozycji. Nie ma dawnego błysku, zapału, tej młodzieńczej wściekłości, szukania gry za wszelką cenę i dążenia za piłką. Jest statyczny, przegrywa pojedynki, podaje niedbale, do tego zatracił swą główną zaletę – skuteczność, umiejętność wykorzystywania szans. Kiedyś wystarczyło mu pół okazji na strzelenie gola, teraz nawet dziesięć to za mało. Był zabójczy w jednym meczu, w pozostałych pięciu nie trafił ani razu. Dzisiejsze spotkanie powinien był skończyć przynajmniej z hat-trickiem.
Nie można powiedzieć, że Real się nie starał, jednak te próby przyszły zbyt późno. Myśląc o mistrzostwie w Hiszpanii takie spotkania trzeba wygrywać. Wprawdzie nie sądzę, byśmy w tym roku mieli Ligę 100 punktów czy 100 bramek, wszyscy jeszcze sporo potracą (bo potentaci nie wyglądają dobrze, a konkurencja owszem tak), jednak Real nie wykorzystuje okazji, by punktować słabo grającą Barcelonę. Katalończycy tracą dużo bramek, dzisiaj wymęczyli 2-1 z Las Palmas i stracili na kilka tygodni Messiego, jednak mozolnie gromadzą punkty i mimo bardziej wymagających rywali w tabeli La Liga wyprzedzają madrytczyków. Niedługo Królewskich czekają dwa trudne wyjazdy (które Barcelona ma już za sobą!), a w takiej formie i z taką (nie)skutecznością trudno marzyć o zwycięstwach z Atlético i Celtą. Co z tego, że obrona nie traci goli, skoro Real gubi punkty ze słabeuszami? Gdzie ta poprawa gry za Beníteza, to zbliżenie formacji, intensywność? Powróciła statyczna gra bez polotu, bez przyspieszenia akcji w kluczowym momencie aby zdezorientować przeciwników w obronie, a jedynym pomysłem Blancos są bezcelowe dośrodkowania – zupełnie jak za Carlo. A gdzie prostopadłe podania? Gdzie gra na jeden kontakt? Gdzie gra bez piłki, wychodzenie na pozycje, by stworzyć warianty do rozegrania? Gdzie szybkość? Gdzie pressing na połowie rywala? Gdzie walka o każdą piłkę? Najlepsi gracze świata powinni oferować coś więcej niż bezproduktywne wrzutki. Powinni indywidualnie umieć rozerwać szyki rywala, a tu nikt nie umie dryblować – to nie jest brak szczęścia, to brak umiejętności. Teraz widać, jak bardzo przydałby się nieobliczalny i szybki jak wicher Di María. Obecnie tylko Modrić i Isco potrafią minąć kilku rywali, jednak pierwszy zbyt rzadko rusza do przodu, drugi zaś nadużywa tej umiejętności i podejmuje złe wybory więc pożytku z tego niewiele. Isco jest zaledwie cieniem gracza sprzed roku. Podobnie Kroos, który statystuje na boisku, a podaje w stylu Illarry. Gdzie te słynne crossy? Gdzie kilkudziesięciometrowe podania otwierające drogę do bramki? O Jesé nie ma co pisać – nie miał formy, nie ma i raczej nie będzie miał. Jest ciężki i toporny. Cris zawodzi, o tym już pisałem. Benzema ostatnio strzelał co mecz, ale tyle samo setek marnował. Dzisiaj jego lekkie uderzenia były na poziomie Podbeskidzia (bez urazy dla Podbeskidzia) a nie Realu Madryt. W ogóle nikt w drużynie nie uderza z daleka – atomowe petardy Ronaldo to tylko wspomnienie (nawet ten element Portugalczyk zatracił), reszta nie ma siły. O precyzji strzałów nawet nie wspomnę. Czy teraz wiadomo, dlaczego Królewscy nie wygrali? Tutaj potrzeba terapii wstrząsowej, a nie zadowolenia trenera, że ekipa oddała tyle strzałów. Zadowolonego ze wszystkiego szkoleniowca mieliśmy już rok temu. Te uderzenia to dowód słabości, a nie siły. United dzisiaj strzelali tylko kilka razy i wygrali 3-0.
Nie wiem, co zrobi Benítez, ale trzeba wierzyć w jego pracę. Musi to ogarnąć. Sama obrona nie wygra tytułów. Wielkie nazwiska także. Potrzebna jest praca na całym boisku i przez pełne 90 minut. Dzisiaj Real grał tylko godzinę, a pomysłu w tej grze nie było w ogóle. Dlaczego szansy nie dostają młode wilki? Wszedł Kovačić i od razu odmienił mecz. Dlaczego na ławce pozostaje Czeryszew, który ma chęci i umiejętności? Dlaczego Casemiro nie zmieni słabego jak barszcz Kroosa? Tu trzeba świeżej krwi bo starym wygom się po prostu nie chce, a jeśli już ruszą to są do bólu przewidywalni. Marcelo ma parcie do przodu ale z góry wiadomo, co zrobi, podobnie Carvajal. W oczy rzuca się brak szybkiego prawoskrzydłowego, ale działacze są ślepi. To samo z napastnikiem – jakżeby się przydał zmiennik dla Benzemy o innej charakterystyce, który mógłby zaskoczyć rywali niekonwencjonalnym zagraniem. Ale mamy co mamy i teraz pracą trenera jest wyzwolenie w tych ludziach ambicji i sportowej złości. Jak się traci punkty ze słabeuszami, trzeba je zdobywać z rywalami silnymi, a z takimi gramy w październiku. Jeśli Benítez zamierza dłużej pozostać na swym stanowisku, musi zdać sobie sprawę, że margines błędu się skończył. To nie Napoli, tu trzeba wygrywać. Wysoko i efektownie.


Minus meczu: Cristiano Ronaldo

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: