MOTORHEAD Bad Magic

Motorhead Bad Magic recenzjaMOTORHEAD
Bad Magic
2015

Niewiele jest kapel, których gra jest na tyle charakterystyczna i niezmienna, iż praktycznie za recenzję płyty wystarcza ich nazwa. W przypadku Motörhead nie trzeba wiele pisać. Zespół powstały w 1975 roku z inicjatywy basisty i wokalisty Iana „Lemmy’ego” Kilmistera (który pozostaje jego jedynym stałym członkiem) od 4 dekad gra to samo i tak samo („Jesteśmy Motörhead i gramy rock?n?roll”), za co jedni go kochają, inni nienawidzą. Ja stoję dokładnie pośrodku – doceniam wkład Brytyjczyków w rockowe łojenie i wierność własnej stylistyce, ale też nie widzę powodu do nadmiernego zachwytu , skoro innych gani się za powtarzalność i brak wyrazistości. Na albumie Bad Magic (notabene pierwotny tytuł miał brzmieć XXXX – i mimo zmiany decyzji te jubileuszowe iksy pozostały na okładce) jest to aż nadto widoczne (czy raczej: słyszalne). Przeszkadza znacznie bardziej niż na poprzednim krążku Aftershock. Tam było bardziej różnorodnie i zdecydowanie ciekawiej. Tutaj jest czad, moc, energia, łomot, tempo, żar – niby więc wszystko super. A jednak nie do końca…
Lemmy’emu w Wigilię stuknie 70-tka lecz wokalnie wciąż daje radę. Zawsze dawał (mimo wlewanego do gardła morza alkoholu). Może tylko chrypka nieco większa na skutek problemów zdrowotnych, jednak kto by tam zwracał uwagę na takie drobiazgi, skoro ściana dźwięku atakuje od pierwszej sekundy Victory Or Die. Przesłanie jest proste – zwycięstwo albo śmierć. Dla fanów na pewno zwycięstwo, a pozostali i tak już dawno temu przestali słuchać Motörhead. Trudno się oprzeć wrażeniu, że choć takie energetyczne, żywiołowe granie może się podobać, to po kilku(nastu) minutach zaczyna nużyć. I jeden bluesowy (zresztą też mocno średniawy) kawałek Till The End niczego nie zmieni, podobnie jak deser w postaci przyzwoitego coveru Sympathy For The Devil Rolling Stonesów. To za mało, by pochwalić muzyków za pomysłowość. W pozostałych numerach łoją równo i solidnie, ale kopiowanie samych siebie i gra na jedno kopyto też muszą mieć jakieś granice. Zwłaszcza, że to już album o numerze 22. Nie żądam zmiany stylu – przeciwnie, niech dalej grają swoje, ale kompozycje z Bad Magic są po prostu słabe. Bezbarwne. Jeśli już musiałbym coś wyróżnić, to czadowy opener, bo potem są już tylko powtórki. Ewentualnie The Devil z solówką Briana Maya (chociaż akurat gitarzysta Queen niespecjalnie się popisał), ale nie ukrywam, że większą frajdę miałem słuchając poprzedniego albumu 2 lata temu. Teraz szacun jedynie za surowe brzmienie i przede wszystkim za to, że Lemmy’emu nadal się chce. Bo już nic nie musi.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: