SPORTING-REAL 0-0 Wstydliwa strata punktów na starcie ligi

Sporting Real Madryt 0-0 Liga hiszpańska 2015/2016   Po wakacyjnej przerwie nadszedł czas rozpoczęcia rozgrywek hiszpańskiej La Ligi. Real Madryt pod wodzą nowego szkoleniowca Rafy Beníteza w swoim debiutanckim meczu sezonu 2015/2016 trafił na Sporting Gijón, który po trzech latach spędzonych w Segunda División wreszcie awansował do najwyższej klasy rozgrywek i w niedzielę na El Molinón utarł nosa wielkiemu rywalowi. Remis 0-0 to wielki sukces gospodarzy i kompromitacja Madrytu. Po raz kolejny okazało się, że odpowiednio zmotywowana i dobrze poukładana grupa mało znanych piłkarzy potrafi zagrać lepiej od wielkich gwiazdorów. O samym spotkaniu napiszę tyle, że lepsze okazje bramkowe miał Sporting (m.in. jeden ze strzałów wylądował na poprzeczce, inny o centymetry minął bramkę Navasa), natomiast Real oddał ponad 20 strzałów, większość w trybuny, a kilka prosto w bramkarza. Zresztą Iván Cuéllar był wyróżniającą się postacią zawodów. Wybronił kilka uderzeń Cristiano Ronaldo i do końca zachował koncentrację. Zabrakło jej sędziemu, który nie odgwizdał ewidentnej jedenastki po faulu na Portugalczyku, niemniej nie on jest winny słabej gry Królewskich. Real w formie powinien bez problemu zdobyć kilka bramek, bo nawet oddając honor gospodarzom i ich ambitnej postawie, Sporting to ekipa do ogrania. Jeśli madrytczycy mają kłopoty z beniaminkiem, który jeszcze 3 miesiące temu rywalizował z drużynami drugiej ligi, to jak wypadną na tle naprawdę mocnych drużyn?
Real przegrał na własne życzenie – nie miał żadnego pomysłu na grę. Dopadło mnie uczucie deja vu – mimo szumnych zapowiedzi Beníteza dzisiaj na boisku widziałem drużynę Ancelottiego. Brakowało kontroli nad meczem, dokładności, gry zespołowej, a z klepki lepsi byli rywale. Ja wiem, że to początek sezonu, ale przecież Real gra w starym składzie, gracze powinni być ze sobą zgrani, grać na pamięć – tego nie było. Zero zrozumienia i automatyzmu, zero szybkości. Dominowały bezproduktywne wrzutki, piłkarze bali się podjąć ryzyko, zagrać niekonwencjonalnie, brakowało finezji, polotu, za to mieliśmy dużo szarpania, rwanych indywidualnych akcji, nie wychodziły proste podania czy przyjęcia piłki. Co z tego, że madrytczycy dominowali w jej posiadaniu skoro nie tworzyli klarownych okazji? Zespołowo rozgrywane kontry Sportingu były groźniejsze niż zachowawcze ataki Królewskich. Na boisku panował chaos, jakby nikt nie wiedział, gdzie ma grać, a gdy do kontry madrytczyków ruszało zaledwie dwóch graczy, to nie mogło się udać. Tu nie ma żadnego tłumaczenia. Benítez pracuje z piłkarzami już dwa miesiące, a efektów nie widać. Gdzie obiecane przesuwanie formacji? Gdzie skuteczny pressing? Wreszcie o co chodzi z przodu? Isco grał poniżej krytyki, Bale pudłował, Cris niby trafiał, ale tak anemicznie, że aż szkoda patrzeć. Jak oglądam gole no-name’ów z Premiership czy Ligue 1, to pojawia się uczucie zazdrości. To w Madrycie grają ci najlepsi, czy gdzie indziej? Taki Lukaku czy Benteke na dziś zjadają naszych killerów. Impotencja Realu w ataku jest przerażająca. 5 meczów (wliczając te z okresu przygotowawczego) bez strzelenia nawet jednej bramki to wynik niemożliwy do zaakceptowania. Mówimy przecież o najbardziej bramkostrzelnej drużynie Europy! To wręcz zakrawa na kpinę. Lub sabotaż. A działacze wciąż nie widzą potrzeby sprowadzenia napastnika. Ich zdaniem wystarczy chimeryczny Benzema i klockowaty Jesé…
Z jednej strony nie trzeba przesadzać z narzekaniem, bo to tylko dwa punkty straty i dopiero zaczynamy rozgrywki, jednak z drugiej już na starcie zajęliśmy pozycję za plecami Barcelony, co jest przykrą normą w ostatnich latach. A przecież to Katalończycy mieli przegrać trudne starcie w Bilbao, zaś Real miał bez problemu zgarnąć pełną pulę z ligowym nowicjuszem. Życie pisze własne scenariusze i liczy się to, co na boisku, a na boisku gra Realu nie wygląda dobrze. Trener pozmieniał zawodnikom pozycje i wyszedł z tego jeden wielki bałagan. Bale zamiast Isco na mediapuncie, James nie po tej stronie, skrzydłowy Jesé w ataku zamiast z boku, Kroos niemrawy i bez kluczowych podań, a CR7 z rozregulowanym celownikiem i mizerną skutecznością. Zupełnie jakby nie było tych intensywnych przygotowań. Czasu na poprawę niestety nie ma bo w La Lidze każda strata punktów może okazać się kluczowa. Jesienią Barcelona gra same trudne wyjazdy i to teraz Królewscy muszą punktować rywala. Wiosną może być za późno, gdyż Katalończycy wzmocnieni styczniowymi transferami raczej nie będą gubić punktów. Benítez musi się szybko ogarnąć i wdrożyć pewne schematy bo nawet bez wzmocnień skład Królewskich jest więcej niż przyzwoity. Ta drużyna może i musi grać znacznie lepiej. Dzisiaj była totalnie bezpłciowa i można się pocieszać tylko w jeden sposób – José Mourinho 5 lat temu też zaczął swą przygodę z Realem od 0-0…

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: